| Andrzej Firadza (Aga Bej)
Trzy dziwne dni
Nazywam się Isomu. Ikari Isomu. Mam 14 lat. Jestem
uczniem. Uczęszczam do gimnazjum w osiemnastej dzielnicy w Kobe. Jestem
jednym z tych o których mówią że "są zdolni, ale powinni się bardziej
przyłożyć do nauki i potrafią sprawiać pewne kłopoty wychowawcze". Tak, tak,
ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz i takie tam. Tylko że przeważnie
jest dużo o wiele ciekawszych rzeczy niż wkuwanie na pamięć wszystkich
miłościwie nam panujących cesarzy, aż do ostatniego, który zginął w
ruinach starego Tokio tuż po Drugim Uderzeniu. Ale zawsze jakoś sobie
radzę i pod koniec roku mogę sprezentować starszym czwórkowe świadectwo.
Jak to robię, spytacie? He, he, sam chciałbym wiedzieć. Umiem się bawić.
Zawsze umiem się wkręcić na jakąś imprezkę. Ale nie w ten
weekend.
Tym razem miałem zaplanowane coś naprawdę ekstra.
Bilet na koncert. I to nie byle jaki koncert. Był to jedyny w Japonii
występ super czadowej kapeli "Anioły". Pewnie wiecie o tych zamieszkach,
kiedy się okazało, że czterdzieści tysięcy biletów rozeszło się w trzy dni
i że już więcej nie będzie... Tak, zapowiadał się naprawdę niesamowity
weekend. Z naciskiem na zapowiadał się. Bo przecież gdyby wszystko poszło
tak jak planowałem to teraz, po raz tysięczny, opowiadałbym jak było
czadowo na tym koncercie i mówiłbym moim zielonym z zazdrości znajomym
dyrdymały typu "szkoda że was tam nie było, oj macie czego żałować....". A
tak siedzę cicho, wsłuchując się jednym uchem w marudzenie mojego
psora o ampromorficznych amebach, i wklepuję do mego nooteboka te
słowa. Ech, a wszystko zaczęło się od małej niewinnej
koperty z urzędowym nadrukiem i zaadresowanej do mnie. Niestety. Treść
tego dokumentu była mniej więcej taka. Obywatel Ikari Isomu urodzony bla
bla bla, zobowiązany jest stawić się w poniżej wyznaczonym terminie do
bazy ONZ w Osace, celem przejścia dwudniowego cyklu badań bla bla bla...
Obywatel ma się stawić na wyznaczonej kwaterze i oczekiwać tam na dalsze
dyspozycje. Ma się zjawić sam mając ze sobą torbę z rzeczami osobistymi i
załączoną kartę identyfikacyjną. Bla bla bla. Tylko
dlaczego, mając cały rok do dyspozycji, 365 cholernych dni, musieli wybrać
właśnie ten, dzień wielkiego koncertu?
Zadzwoniłem pod
telefon, który był na papierku, próbując wyjaśnić, że przecież jeśli się
zjawię następnego dnia, to świat się nie zawali. Ale paniusia po drugiej
stronie słuchawki nawet nie chciała o niczym słyszeć i jeszcze zaczęła
grozić jakąś karą, którą obciążą moich starych gdybym się nie zgłosił.
Psia krew! Fakt, że udało mi się odsprzedać ten bilet za trzykrotną jego
wartość, wcale nie poprawił mi humoru.
Nie zostało mi nic
innego jak wsiąść w piątek rano w jednotorówkę do Osaki. Byłem wściekły. W
myślach dopadałem tego urzędasa, który wymyślił tę chromoloną bzdurę, i
rozrywałem go na strzępy. Kawałek po kawałku. Przyjemnie było pomarzyć, ale
i tak nie zmieniało to faktu, że magnetyczny pociąg wiózł mnie w zupełnie
przeciwną stronę niż chciałbym być. Psiakrew!
W końcu
dotarłem na miejsce. Baza ONZ Osaka, brzmi dumnie, prawda? Tylko, że
wygląda do bani. Kilka baraków, kawałek jakiegoś mocno nadgryzionego pasa
startowego i coś, co spod warstw łuszczącej się farby wyglądało jak
niewielki, dwupiętrowy budynek, przy którym smętnie zwisała z masztu
niebieska flaga ONZ. A wszystko to zdobione mocno pordzewiałym ogrodzeniem
z drutu kolczastego i wielkimi napisami "zakaz
fotografowania".
Jasne, jeśli by się tylko znalazł desperat,
który by chciał sfotografować to zbiorowisko psich bud. Taak, idealne
miejsce na spędzenie weekendu. Po prostu szczyt moich marzeń. Bez
przekonania pokazałem znudzonemu jak mops wartownikowi papierek i kartę.
On od niechcenia spojrzał i zaprowadził mnie do przydzielonego mi pokoju.
A tam czekały na mnie same przyjemności. Metalowe łóżko, szafka z lampą
nocną i telewizor, chyba starszy ode mnie. Po prostu
super. Jakby tego wszystkiego było mało, przyjechałem o pół dnia za
wcześnie. Co oznaczało że co najmniej będę musiał pół dnia spędzić w tej
szczurzej norze. Pół dnia, zanim ktoś się zmiłuje i przypomni sobie o
istnieniu mojej skromnej osoby. Niesamowite, ściągnęli mnie tutaj przez
pół Japonii żebym marnował czas na oglądanie telewizji.
A
przecież niedaleko była Osaka, ze swymi dyskotekami, sklepami, salonami
gry.... Hmm, może ten weekend jeszcze nie był dla mnie do końca stracony?
Przecież na papierku było czarno na białym napisane 22:30. A w kieszeni
przyjemnie ciążyła mi forsa otrzymana za bilet i kieszonkowe od starszych
"na jedzenie". To się robiło coraz bardziej interesujące. Wyskoczyć sobie
na pół dnia do miasta, z dala od starszych.
I zanim
panowie ważniacy sobie o mnie przypomną, ja będę czekał tu na nich
grzeczny jak baranek.
Szacownym wartownikiem nie
przejmowałem się ani za grosz. Czternastolatkowi zabrania się wejść do
różnych miejsc, dyskotek, filmów od lat osiemnastu i takich tam.... co
wcale nie oznacza że wcale tam nie wchodzi. Podobnie z
wychodzeniem. Z "bazy" wydostałem się bez problemu. Szybko
złapałem kolejkę magnetyczną i.... byłem w mieście. Dyskoteki były jeszcze
zamknięte, ale sklepy i salony gier nie. A jak się było w niezbyt częstym
dla czternastolatka stanie posiadania sporej gotówki -- żyć nie umierać.
Tak sobie zwiedzałem miasto aż wpadłem do salonu gier. "SECOND IMPAKT"
informował potężny hologram. To było naprawdę uderzenie! Sześć pięter
wszelakich automatów, symulatorów , automatycznych bilardów, gier VR.
Wszystko to grzmiało huczało grało świeciło. I we wszystko chciałem
zagrać! I bez reszty zagubiłem się w tym
świecie, topiąc w nim połowę mojej gotówki. Moje szczęście trwało do 19:30. Miałem jeszcze dość czasu i grałem w Wojnę o Syberię. Właśnie miałem
uderzyć we Władywostok głowicą nuklearną, kiedy w tłumie
obserwujących moje wyczyny kibiców zapanowało dziwne poruszenie.
Obejrzałem się na chwilę (co kosztowało mnie utratę pułku czołgów) i
zobaczyłem sześć przedzierających się przez tłum potężnych gości w
garniturach. Dziwne, ale jeśli natychmiast czegoś nie zrobię
z tą eskadrą ruskich bombowców nad Pekinem, to Game Over.
I to był game over. Potężna łapa, niczym prasa hydrauliczna, opadła na moje
ramię. Za chwilę obstawiło mnie i unieruchomiło trzech przepakowanych
osiłków w garniturach. Trzech następnych ogrodziło nas od tłumu. Próbowałem
się wyrwać, ale moi "aniołowie stróże" nawet nie drgnęli. Wzięli mnie pod
ramię i zaczęli wywlekać na zewnątrz. Na krótko błysnęła mi nadzieja,
kiedy podeszło dwóch panów z ochrony salonu. Ale wystarczyło, że jeden z
garniturów pokazał im swoja legitymację, a ci się grzecznie wycofali
zostawiając mnie na ich łasce. No ładnie, i co teraz? Właśnie jestem
porywany przez tę bandę i nikt palcem nie kiwnie. No może jak odkryją w
tej pożal się Boże bazie że mnie nie ma to może zaczną mnie szukać. Zaraz,
zaraz a może ten cały cyrk jak z kiepskiego filmu sensacyjnego odbył się
właśnie dlatego że odkryli moją nieobecność?
Tylko jeszcze
usłyszałem jak jeden z garniaków nadał przez radio coś w stylu: "OK., mamy
go", i pełnym gazem ruszyliśmy. Oczywiście mnie nikt nic nie wytłumaczył.
W końcu dojechaliśmy z powrotem do tej ich całej bazy. W nocy była jeszcze
bardziej ponura niż za dnia. Jednak czarne furgonetki zatrzymały się w pewnym
oddaleniu od bramy. Wysiadłem razem z moimi dwoma
opiekunami.
Wtedy się jeden w końcu
odezwał
-- Słuchaj gówniarzu, nawet nie wiesz jakie
zamieszanie przez ciebie wynikło. Kiedy cię grzecznie proszą, byś siedział
na dupie i czekał, to tak masz robić. Zrozumiano? -- Tak --
odpowiedziałem.
A co miałem odpowiedzieć? Że wcale nie
zwróciłem uwagi na to ich "stawić się na wyznaczonej kwaterze i czekać na
dalsze dyspozycje"? Jasne, już widzę minę tego garniaka, gdyby jemu tak
kazali czekać przez pół dnia w tej szczurzej norze.
-- To
dobrze. Słuchaj teraz uważnie, żeby ci żadne głupie pomysły nie przyszły
do głowy. Wejdziesz do tej bazy. Sam. My cię tam pilnować nie będziemy, bo
tam już dostępu nie mamy.
Otóż grzecznie wejdziesz
i jak gdyby nigdy nic się nie stało. Weźmiesz z
pokoju swoje rzeczy i kartę ID. To ważne -- nie zapomnij o niej. Po pięciu
minutach wyjdziesz na pas startowy i staniesz dokładnie na białej linii. Będziesz tam stał, choćby
się waliło i paliło, dopóki nie pozwolą ci z niej zejść.
Zrozumiałeś wszystko? Żadnych głupich pomysłów? --
Tak oczywiście...
-- To dobrze a teraz
zmiataj.
I prawie mnie wywalili z tej cholernej
furgonetki, która natychmiast odjechała w stronę miasta.
Musiałem ładny kawałek przejść do bazy z której pewnie nie widzieli tego
całego zamieszania. Zgodnie ze słowami pana garniaka, strażnik nawet nie
zaszczycił mnie spojrzeniem. Szybko wziąłem swoje ciuchy i poszedłem na
pas, gdzie zauważyłem podświetloną reflektorem białą linię. Czułem się jak
kaczka wystawiona na strzał. W głowie miałem niezliczoną ilość znaków
zapytania. Co to za cyrk? Gdzie ja trafiłem? Czego oni do cholery mogli
ode mnie chcieć? Na domiar złego zaczęło mi się robić zimno. Myślałem już
tylko o tym, że jeśli cokolwiek ma się dziać, lepiej niech się dzieje
szybko, bo jeszcze trochę, a zamiast mojej skromnej osoby będą mieli bryłę
lodu... I, jakby w odpowiedzi na to niewinne stwierdzenie, nagle zapaliła
się cała masa reflektorów a nade mną rozległ się huk potężnego
helikoptera.
Nic nie widziałem, reflektory waliły mi
wprost po oczach. A potem doszedł jeszcze podmuch dwóch potężnych
wirników. Dopiero po chwili huk ustał i ktoś mi położył rękę na ramieniu.
Przez to całe światło i tak niewiele widziałem poza sylwetką w mundurze.
Nagle uścisk stał się cięższy a sylwetka powiedziała. --
Twoja karta, daj ją szybko!
Tak, chwila, już.... tylko do
której kieszeni ją włożyłem? W panice zacząłem przetrząsać
moje kieszenie.
-- Szybciej, nie mamy całej
nocy!
Podniosłem głowę do góry, chciałem coś powiedzieć...
wytłumaczyć.
I w tym momencie zobaczyłem, że całe lądowisko
jest obstawione ludźmi z bronią, zupełnie jakby się szykowali na jakąś
pieprzoną inwazję. I uświadomiłem sobie, że nie cała broń w rękach
żołnierzy była wycelowana na zewnątrz lotniska. Niektórzy trzymali na
muszce mnie! A facet, który mnie poganiał, również trzymał rękę na kaburze
z pistoletem. Nagle mi się odechciało o cokolwiek pytać.
W
końcu jakimś cudem znalazłem tę głupią kartę. Kiedy ją oddałem,
natychmiast doskoczyło do mnie dwóch następnych gości. Jeden przysunął mi
jakiś aparat do oka, drugi do ręki. Coś mnie ukłuło w palec. W końcu jeden
powiedział
-- Identyfikacja pozytywna. Ikari Isomu
grupa krwi 0, numer ewidencji ludności
0.21.03.458.018.2000.
Uścisk na moim ramieniu trochę
zelżał. O Boże -- a gdyby stwierdzili że nie jestem tym, kogo się spodziewali?
Cholera, nie bałem się tak od czasu, kiedy w wieku ośmiu lat spaliłem starszym
dywan. Nie, inaczej, nigdy się tak nie bałem. Dałem się zaprowadzić do
helikoptera. Ktoś wziął moją torbę. Usiadłem na wskazanym miejscu. Ręce mi
drżały. Myślałem że się tam rozpłaczę. Koło mnie usiadł ten sam człowiek,
który chciał ode mnie kartę. Zaczął coś do mnie mówić. Jego słowa
docierały do mnie jak przez mgłę. Mówił że już po wszystkim. Że
musieli się upewnić że ja to ja a nie ktoś podstawiony, zanim zabrali mnie
na pokład śmigłowca. Że tego wymaga bezpieczeństwo państwa. Miałem gdzieś
bezpieczeństwo państwa! Chciałem do domu, do gderliwych starych, gdzie
żaden sukinsyn nie będzie ci groził odstrzeleniem tyłka, tylko dlatego że
omal nie zgubiłeś jakiegoś kawałka plastiku. Boże, przecież oni celowali
we mnie! Ale śmigłowiec wiózł mnie w nieznane. Okna były staranie zakryte,
wiec nie wiedziałem gdzie lecimy. Jakaś paranoiczna część
mego umysłu mówiła mi, że pewnie krążymy w kółko żeby ich ta bezcenna
"tajemnica państwowa" była zachowana. A zresztą, było mi wszystko jedno.
Lot trwał kilka ładnych godzin. Byłem ogłuszony przez huk silników. Cisza, jaka nastąpiła po wylądowaniu, była dla mnie rajską muzyką. Potem po kilku
ceregielach zaprowadzili mnie do mojej kwatery. Przynajmniej wyglądała o
wiele lepiej niż ta nora w Osace. Ale ja nie miałem sił ani ochoty na nic.
Zgasiłem światło, a potem długo w nocy, po raz pierwszy od kilku lat,
płakałem w poduszkę. Dopiero tuż przed zaśnięciem naszła mnie myśl, że ani
razu od wylądowania nie widziałem kawałka nieba.
Następne
dwa dni były prawdziwym wariactwem. Poddawali mnie jakimś badaniom.
Pobierali mnóstwo próbek, wsadzili do tomografu komputerowego i paru
innych urządzeń których nawet nie potrafiłbym nazwać. Mierzyli puls i
puszczali przeze mnie prąd. Nawet kazali mi oddychać płynem. Wiem, że to
ostatnie brzmi bez sensu, ale tak właśnie było. Sprawdzali też refleks -- z
bardzo dobrym wynikiem; nie na darmo grało się w te wszystkie gry. Robili
mi jakieś psychologiczne testy typu "co ta plama ci przypomina". Prawdziwe
wariactwo. I, oczywiście, nikt mi nie raczył powiedzieć po co to wszystko.
Czasem tylko słyszałem jakieś urywki rozmów. Naukowy bełkot; nawet mój
psor od fizyki, jeśli ma dobry dzień, to gada bardziej zrozumiale. Jakieś
stopnie synchronizacji, sprzężenie fal mózgowych, dostrojenie... niczego
nie rozumiałem z tego co się wokół mnie działo. Jedyna rzecz, która choć
trochę mogłaby mi pomóc w wyjaśnieniu tej całej sprawy, przytrafiła mi
się pod koniec drugiego dnia. Przytrafiło mi się to niesamowitym fuksem, a
to, co usłyszałem, na pewno nie było przeznaczone dla moich uszu.
Wystarczyły zwykłe niedomknięte drzwi. Tak po prostu.
Byłem w typowo szpitalnym pokoju podłączony do jakiejś szalenie
skomplikowanej aparatury, a siostra, która mnie do niej podłączyła,
zostawiła niedomknięte drzwi. Więc leżałem, po raz milionowy zastanawiając się po co to wszystko i
czy ktoś mi wreszcie powie co tu się dzieje, kiedy z sąsiedniego pokoju
usłyszałem głosy. Męski i kobiecy. Nic nie widziałem, mogłem jedynie
słuchać.
-- I jak, jakie wyniki? -- zapytał męski
głos.
-- Bardzo dobre, w innych okolicznościach powiedziałabym że wyśmienite, ale... -- Odpowiedział kobiecy głos, na to
znów wtrącił męski.
-- Ale co?
-- Dalej
grubo poniżej bariery bezpieczeństwa, jeśli go tam wsadzimy to nie ręczę
za pełną synchronizację. A
wiesz przecież, czym grozi nieudane sprzężenie...
-- Tak,
wiem, mnie akurat nie musisz tego tłumaczyć... -- odpowiedział męski głos, w
którym zabrzmiał smutek, a potem kontynuował
-- Ale
przecież musimy mieć co najmniej jeszcze jednego pilota, po prostu musimy,
niech Rei cos się stanie, wystarczy ze spadnie z schodów, a wtedy nie
będziemy mieli żadnego pilota. A czas płynie, one w końcu wrócą....
a my nie będziemy gotowi.
-- Sama z tego zdaję sobie
sprawę, wiem, że to może być bolesne, ale być może trzeba jednak będzie go
sprowadzić.
-- Nie mamy innej możliwości? Raport z Okinawy
wspomina o pewnej bardzo obiecującej dziewczynce, może
ona...
Nagle głos kobiecy przestał być ciepły i spokojny i
stał się zimny, twardy niczym stal.
-- Proszę się nie
oszukiwać, sir, znowu będzie to samo, obiecujące wyniki ale poniżej
bariery bezpieczeństwa. Już przebadałam setki tego typu przypadków.
Potrzebujemy kogoś pewnego, kogoś kto po prostu tam wsiądzie i się
podłączy. Wie pan, że tak naprawdę tylko on spełnia wszystkie wymagane
kryteria. Wyboru musimy dokonać tu i teraz. Albo on, albo ten
chłopak za ścianą, nikogo lepszego nie znajdziemy.
-- Ile
temu Isomu brakuje do bariery bezpieczeństwa?
-- Jakieś
dziesięć, piętnaście procent, jest lepszy od przeciętnej o jakieś
trzydzieści procent.... ale to i tak za
mało.
-- Dobrze, sprowadźcie Schinjiego.
--
Jest pan pewien?
-- Nie, nie jestem pewien, po prostu nie
mam wyboru... nie mam cholernego wyboru!
Usłyszałem
pospieszne kroki, skrzyp otwieranych drzwi i drgający jakby zdenerwowany
męski głos
-- Ale wiesz, przecież że zrobiłem wszystko,
wszystko co tylko było możliwe aby trzymać go od tego wszystkiego z daleka, aby miał tak normalne życie, jakie w tych warunkach
jest możliwe.
A teraz muszę....
-- Wiem, sir, że to
trudne.
-- Sam o tym wiem, dziękuję za uświadomienie mi
konieczności podjęcia tego niezbędnego kroku -- męski głos znów brzmiał
twardo i zdecydowanie.
-- Sir, jeśli bym mogła coś
zasugerować, to że zamiast normalnej drogi przerzutu przez Osakę,
można sprowadzić go w bardziej normalny sposób, wyśle pan do
niego list a na dworcu obierze go ktoś z
naszych. -- Kogo by pani polecała?
-- Choćby
kapitan Katsuragi Misato.
-- Tę trzpiotkę, jeszcze zgubi go
gdzieś po drodze, albo przehandluje za karton piwa!!
--
Całkiem możliwe ale przecież to mimo swojej, hmm, ekstrawagancji, na
służbie zachowuje się wzorowo, jest najlepszym naszym oficerem. Czasem i
może czasem dochodzi między nami do spięć ale gdybym miała komuś powierzyć
swoje życie, to była by to właśnie kapitan Misato... pod warunkiem że w
grę nie wchodziło by piwo.
Mężczyzna i kobieta próbowali
się zaśmiać z żartu. Ale zrobili to krótko i niezbyt im to wyszło.
Widocznie wcale nie było im do śmiechu. Potem nastała chwila ciszy. W
końcu mężczyzna znów się odezwał.
-- Ten mały za ścianą
pewnie nie zdaje sobie nawet sprawy jaki z niego cholerny szczęściarz...
zapewne jego największym problemem jest że ominęła go randka z jakąś
panienka albo cos w tym stylu, pewnie nawet nigdy się nie domyśli co go
ominęło.
-- Tak, podobno musieli go ściągnąć za uszy kiedy
zrobił sobie wycieczkę po Osace, chłopcy z bezpieczeństwa dostali
pierdolca, pół miasta przekopali do góry nogami.
-- Dobrze
im tak niech następnym razem będą bardziej czujni... Kończcie jak
najszybciej badania i wyślijcie go do domu.... cholerny
szczęściarz...
Na tym się skończyła podsłuchana przeze
mnie rozmowa. Niewiele z tego rozumiałem. Zamiast cokolwiek wyjaśnić tylko
zwiększyło zamęt w mojej głowie. Nie miałem siły zastanawiać się nad
sensem tych słów. Kiedy w końcu odesłali mnie do normalnego pokoju,
rzuciłem się na łóżko i zasnąłem. We śnie zmęczony męski głos wciąż mi
powtarzał do ucha "cholerny szczęściarz, cholerny
szczęściarz".
W następny dzień znów
zaprowadzili mnie do helikoptera z zasłoniętymi oknami. Znów lot trwał
kilka godzin. Znów wylądowaliśmy w tej nędznej "bazie". Trochę pogadałem z
oficerem, tym samym, który mnie przywiózł. Oczywiście na większość moich
pytań nie mógł odpowiedzieć, ale za to mi opowiedział jaka panika wybuchła
kiedy tak nagle im zniknąłem. Podobno paru wysoko postawionych ważniaków
dostało nieźle po tyłku, a kiedy mi pokazał minę jaką zrobił ich szef
bezpieczeństwa, to myślałem że pęknę ze śmiechu. W zamian opowiedziałem mu
o tej dziurze w płocie, przez którą się wymknąłem. Nawet ciekawie się z
nim gadało, ale zanim wysiadłem z helikoptera oficer, z którym toczyłem
miłą pogawędkę, wspomniał o czymś przez co znów na chwile włosy zjeżyły na
głowie.
Wspomniał że piszę całkiem ciekawe wiersze. Że
powinienem spróbować sił w jakimś konkursie poetyckim. Wszystko fajnie
gdyby nie pewien drobiazg. To, że czasem wymykam się w góry, aby przy
świetle księżyca pisać wiersze o otaczającym mnie świecie, było moja
najściślej skrywana tajemnicą o której nie wiedzieli ani starzy ani moi
koledzy. Bo co? Oni by i tak nie zrozumieli, a po co narażać się na
kpiny... ale ten facet wiedział.
Ciekawe o czym jeszcze
wiedział? Jak długo miał mnie na oku?
Jeszcze jedna
niepokojąca zagadka tych trzech dni. Trzech najdziwniejszych dni w moim
życiu.
Potem mnie przeprosił za to
całe zamieszanie i ganianie z bronią które mi napędziło takiego stracha
kiedy mnie odebrali, mówił że niestety maja taką procedurę a że chłopcy po
tym zamieszaniu które wywołałem okazali się trochę nadgorliwi... . Było
minęło, byłem gotowy im wybaczyć wszystko, najważniejsze, że wracałem do
domu. Do gderliwych starych, do marudzących nauczycieli, do niewielkiego
kieszonkowego. Do normalnego świata dla normalnych
czternastolatków.
Teraz wiedziałem, co ten facet miał na
myśli mówiąc, że jestem cholernym szczęściarzem.
Bo
przecież nim byłem, czyż nie?
Wrocław 1999
|