| Andrzej "Aga Bej" Firadza
Kondotier Nie jestem dobrym człowiekiem. Nie, zdecydowanie nie jestem dobrym człowiekiem. I pomyśleć, że pracuję dla ONZ. Ale jeśli nie jestem dobrym człowiekiem i pracuję dla ONZ, to chyba jestem właściwym człowiekiem we właściwej organizacji. Ale od początku: nazywam się Nikolae. Nikolae Desais. Gdybyście mnie spotkali na ulicy to pewnie szybko byście nabrali przekonania, że nie chcecie iść w tę samą stronę co ja. Dwa metry wzrostu, blond włosy, niebieskie oczy. Twarz, której główną ozdobą jest potężna szrama od czoła przez oko i cały policzek. Reszty nie widać spod wojskowego munduru. Idealny wygląd, żeby wzbudzić zaufanie każdego mieszczucha, no nie? Przed Drugim Uderzeniem byłem porucznikiem w czwartej brygadzie powietrzno--desantowej Legii Cudzoziemskiej. Zadaniem moim i podlegających mi pięciuset ludzi było chronienie wielkiego czarnego dupska pewnego afrykańskiego "przywódcy narodu", który, w zamian za władzę i określone korzyści majątkowe, pozwalał by kilka kluczowych francuskich konsorcjów rabowało jego kraj i lud z cennych minerałów. A gdyby pewnego pięknego dnia uznał, że nakradł dość i nagle zaczął zmieniać zdanie, wtedy my mieliśmy zmienić jego na kogoś bardziej skorego do współpracy.... A jak się tam znalazłem? Nieciekawa historia. Ot, pracowałem dla mafii w Marsylii. Najpierw byłem odpowiedzialny za przerzut narkotyków. Wielkie mi rzeczy, jeśli jakaś banda bezmózgich debili chciała tego świństwa, to ich sprawa. Ale potem jakiś boss wymyślił, że mam odpowiadać za handel żywym towarem. Polki, Bułgarki, Rosjanki dla spragnionych rozrywek spokojnych i szacownych panów z odchowanymi w przedmieściach rodzinami. A one myślały że jadą pracować jako kelnerki czy zbierać truskawki. Nie w ten sposób chciałem zarabiać na życie. Więc kiedy przyjechał pierwszy transport, wysłałem je z powrotem. Mówiły że to oszustwo, że one zapłaciły żeby dostać przyzwoitą pracę na zachodzie... Tak, to było oszustwo, choć zupełnie nie takie jak im się wydawało. Naturalnie mój humanitarny czyn został szybko dostrzeżony i w nagrodę moi przełożeni zdecydowali się uwolnić mnie od wszelkich życiowych trosk. Wolałem zbyt szybko nie odbierać tej nagrody, więc zaciągnąłem się do Legii Cudzoziemskiej. Dlatego w momencie, kiedy wielki kawał skały z kosmosu zdecydował się nam złożyć niezapowiedzianą wizytę, byłem tam, gdzie byłem. Na terytorium nazywanym wtedy Kongo. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć co wydarzyło się wtedy i co to oznaczało dla całego świata. Każdy z nas to przeżył. Ci, którzy mieli szczęście żyć w którymś z wielkich bogatych państw na północy, mieli wsparcie rządu, ba, w ogóle jakiś działający rząd, rezerwy, zapasy. Na biednym zacofanym południu wyglądało to znacznie gorzej. Po pierwsze, byliśmy bliżej miejsca kataklizmu. Po drugie, zanim jeszcze przebrzmiał grom znad Antarktydy, ponad połowa państw na południe od zwrotnika raka popadła w anarchię. Kongo było jednym z nich. Pod czarnym od pyłu niebem Armageddonu zaczęła się rzeź, kiedy pięć plemion, których nazw nikt nie potrafił nawet wymówić, postanowiło nieodwołalnie wyrżnąć nawzajem się w pień. Poszły w ruch maczety i karabiny maszynowe. A wiecie, co było w tej sytuacji najśmieszniejsze? Ja i mój batalion znaleźliśmy się w samym środku tej rąbaniny. Bez łączności z sztabem, bez zaopatrzenia, bez nadziei na ewakuację. Ale mieliśmy broń i umieliśmy z niej korzystać. Najpierw przyłączyliśmy się do jakiegoś "komitetu wyzwolenia Konga" i, nim jeszcze na równiku zaczął padać śnieg, walczyliśmy dla trzech kolejnych rządów, które do władzy dochodziły dosłownie po trupach ich poprzedników. Zostaliśmy najemnikami walczącymi za najcenniejszą walutę: żywność, broń i złoto -- dokładnie w tej kolejności. A potem, jak już wspomniałem, na równiku zaczął padać śnieg. I nie było już żadnych rządów; tylko przywódcy plemion, burmistrzowie jeszcze nie splądrowanych miast, czy po prostu miejscowe bandy, które było stać, żeby nam zapłacić. Zjawisko zwane nuklearną zimą uczyniło nam duże usługi. W przeciwieństwie do miejscowej ludności, my, najemnicy z Europy, dobrze się czuliśmy, kiedy wszystkie rzeki zamarzły, a równikową dżunglę pokryła półmetrowej grubości warstwa puchatego śniegu. Przypuszczam, że ja i moi chłopcy byliśmy jedynymi ludźmi na świecie, którzy jeździli na łyżwach w dorzeczu rzeki Kongo, albo beztrosko obrzucali się śnieżkami w cieniu baobabu. Śmieszne jak cholera, prawda? Tylko że naprawdę było zupełnie inaczej. Gromada obdartych potępieńców, na umierającym z głodu i zimna i własnej odwiecznej plemiennej nienawiści kontynencie. Wyrzynane w pień miasta. Lwy ucztujące na zgliszczach wiosek. Odrąbywanie maczetami rąk, nóg, genitaliów... A kiedy po sześciu miesiącach zima się skończyła i kra przestała skuwać równikowe rzeki, wygasła tez większość wojen. Po prostu nie było już kogo zabijać. Jak się później dowiedziałem, podczas jednego roku, w miejscu nazywanym niegdyś Kongiem, wyginęło z głodu, zimna, wojen i chorób ponad sześćdziesiąt procent populacji. To by się zgadzało. Z pięciuset ludzi, którymi dowodziłem, ocalało około dwustu. Osiedliśmy się w jednym z nielicznych ocalałych miast. Jego szef, Mobutu, to był łebski facet. Przeprowadził miasto przez anarchię i, kiedy znów zaświeciło słońce, rozwinął je w udzielne, nieźle zarządzane księstwo. Nie wahał się przed wyrzynaniem czy wsadzaniem na pal swoich konkurentów, potrafił rozkazać spalić żywcem całe rodziny, ale osiągnął co chciał. Małą ostoję cywilizacji w morzu anarchii. Ja i moi ludzie oddaliśmy mu swe usługi. Najpierw myśleliśmy, że to będzie zwykły kontrakt, ale potem go przedłużaliśmy i przedłużaliśmy. Ludzie zaczęli się schodzić z miejscowymi dziewczynami, stale byliśmy zapraszani na przyjęcia, po raz pierwszy od roku mogliśmy nacieszyć się cudem elektrycznej żarówki i jakiej takiej łączności z resztą świata. Aż w końcu sami przed sobą musieliśmy uznać prawdę. Nareszcie po nieprzerwanych walkach znaleźliśmy dom. W końcu staliśmy się stałym elementem sił zbrojnych Zanbezi, gdyż tak nazwało się nowo powstające państwo. Szkoliliśmy jego wojska i sami walczyliśmy. Albo zakładaliśmy rodziny. Zakochałem się i ożeniłem się. Dochowałem się syna. Miałem jeden z największych domów w mieście. Byłem szczęśliwy, a kiedy zabijałem, to przynajmniej wiedziałem, czego bronię. A potem cywilizowany świat dał znać o sobie. Pewnie słyszeliście o tym. Rok 2005, pierwsza interwencja ONZ w Afryce, operacja "przywrócić nadzieję". Na pewno pokazali wam to w telewizji; te wszystkie głodujące wioski zasypywane tonami jedzenia z helikopterów, uśmiechnięte czarne dzieci robiące sobie zdjęcia z żołnierzami ONZ. Jakie to słodkie prawda? Tylko że ja, nie wiem czemu, widziałem to zupełnie inaczej. Z dnia na dzień biurokraci wymyśli sobie, że trzeba w Afryce przywrócić porządek sprzed drugiego uderzenia, oczywiście pod zarządem ONZ. I się zaczęło. Zamiast próbować na spokojnie porozumieć się z ocalałymi ośrodkami cywilizacji, postawiono im ultimatum. Miały bezwarunkowo podporządkować się ONZ i popieranym przez nie władzom. Niektórzy podporządkowali się. Inni chcieli zachować niezależność albo chociaż ograniczoną autonomię. Nie dano im szans. Nie dano nam szans. Mobutu chciał negocjować, wywalczyć dla stworzonego własnymi rękami księstwa jak najlepsze warunki w rysującym się nowym porządku. Jak tylko postawił stopę na lotnisku w Genewie został aresztowany. Jego syn chciał prosić o łaskę dla ojca. Zginął w "nieszczęśliwym wypadku". Ludzie chcieli walczyć, wygrali kilka potyczek, ale przekonałem ich, by się poddali. Przecież to ONZ, przecież oni wymyślili prawa człowieka, oni szanują jeńców, oni przywrócą ład. Ale byłem głupi. Moich ludzi, czarnych i białych, spędzono jak bydło i rozstrzelano. Ot tak, po prostu postawili ich pod murem i rozwalili. I jak to ładnie nazwali "tryb doraźny dla bandytów i rabusiów". No tak, rabusie tu niewątpliwie musieli być, po wkroczeniu ONZ-tu do miasta cały skarbiec zgromadzony przez Mobutu zniknął bez śladu. Podobnie jak majątki kilku bogatszych obywateli, którzy zaginęli w tajemniczych okolicznościach. Dla mnie przygotowali coś ekstra. Miałem być główna gwiazdą w procesie o łamanie praw człowieka, rabunek i.... dezercję. Szkoda, że jeszcze nie zrzucili na mnie winy za Drugie Uderzenie. Ciekawe, kiedy wymyślili te bzdury. Przed czy po zabiciu mojej rodziny... Długo później dowiedziałem się, że podobną czystkę przeprowadzono w całej Afryce. ONZ nie chciało się użerać z miejscowymi niezależnymi władzami. Woleli obsadzić wszystko swoimi fagasami, często prawdziwymi skurwielami, ale ich skurwielami. Nad którymi ustanowiono coś, co ochrzczono ładną nazwą "Zarząd Komisaryczny ONZ", którego głównym zadaniem było jak najszybsze uruchomienie zdewastowanych kopalń i szybów naftowych. Mnie się udało uciec. Żyłem z dnia na dzień, nie dbałem o życie ni swoje, ni cudze. Zabijałem za grosze i sam często omal co nie byłem zabity. Tak się tułałem z miasta do miasta, z roku na rok. Aż w końcu trafiłem do Tokio - 3. Tam odkryłem kolejny sposób na przeżycie. W mieście odbywały się częste próbne alarmy, podczas których wszyscy mieszkańcy posłusznie schodzili do schronu. Te cwane żółtki znalazły sposób by schować całe pieprzone miasto pod ziemię. Niesamowity widok. Ale ja nie podziwiałem widoków. Ja i mój gang rabowaliśmy domy, kiedy ich właściciele posłusznie chowali się w schronach. Żyło mi się z tego całkiem nieźle. Do czasu. Do czasu, kiedy kolejny alarm okazał się prawdziwy. Mogliście słyszeć plotki, uporczywie powtarzane wbrew oficjalnemu stanowisku władz, plotki o tym, że te wszystkie "tajemnicze wybuchy", "wstrząsy sejsmiczne", "katastrofy budowlane", "zamachy terrorystyczne" tak naprawdę są czymś zupełnie innym. Ja to widziałem na własne oczy. To "coś" ma około sześćdziesiąt metrów wysokości i ma złoty, fioletowy lub szkarłatny kolor. I właśnie dzięki temu "czemuś" pracuję teraz dla ONZ. Ale wszystko po kolei. Tym razem alarm okazał się prawdziwy. To była bitwa.. ale nie taka jakich tysiące stoczyłem w Afryce. Bo nie pamiętam żadnej walki z ponad osiemdziesięciometrowa maszyną bojową która niszczyła wszystko na swojej drodze. I jeszcze do tego śmierdziała jak targowisko pełne zdechłych ryb. Zresztą nie miałem zbyt wiele czasu na wdychanie tego aromatu. Bardziej mnie zajmowała ucieczka z walącego się budynku, który właśnie okradałem. Ja zdążyłem, reszta gangu nie. A potem było jeszcze ciekawiej. Wiecie jak się czuje mrówka, kiedy ktoś próbuje ją rozdeptać? Ja wiem. To nie jest miłe uczucie. Potem otworzyła się wielka dziura w ziemi i pojawił się ten drugi. Fioletowy. Stałem jak wryty. Czekałem. Fioletowy też czekał. A potem ruszył. Powoli i niezgrabnie, zupełnie jakby uczył się chodzić. Tamten to zauważył. I uderzył. Wyobraźcie sobie dwa walczące wieżowce. Nie, to zupełnie nie to. Może lepiej dwóch zapaśników, dla których mata jest całym miastem. Ale i tak nie oddaje to tego, co zobaczyłem tamtej nocy. Ale porównanie do zapaśników byłoby o tyle dobre, że jeden z nich musiałby być mistrzem w swojej klasie, a drugi początkującym uczniem, służącym mu akurat za worek treningowy. Fioletowy dostawał solidne manto. A potem role się odwróciły. Nagle Fioletowy stał się "mistrzem". Po prostu zaczął roznosić tamtego na strzępy. I w końcu go dopadł. A potem wszystko wokół wybuchło. Kiedy już odzyskałem wizję i fonię, zobaczyłem Fioletowego. Jego głowa odpadła, a z karku wystawała jakaś kapsuła. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby się tam wdrapać. Przecież byłem cholernym zawodowcem, powinienem wiać, ile sił w nogach. Ale nie. Ja zacząłem włazić na tę cholerną kupę złomu. Po prostu musiałem to zrobić. I zrobiłem to. Podbijając chyba rekord świata w szybkości wspinaczki bez asekuracji dotarłem do kapsuły. Mimo, że prawie mi spaliło ręce, otworzyłem ją. Na dzień dobry zostałem oblany jakimś pomarańczowym gównem. A potem, kiedy zajrzałem do środka.... zobaczyłem dzieciaka. Zwykłego, cholernego dzieciaka. Chłopak nie miał chyba nawet czternastu lat, patrzył się na mnie szklistym niewidzącym wzrokiem. Jego twarz wyrażała.... Zdumienie? Bezgraniczny ból? Apatię? Agonię? Nie wiem, co to było, ale na pewno nie chciałbym tego przeżyć. Dotarł do mnie huk śmigłowca i jakże normalny w porównaniu z tą całą sytuacją dotyk zimnej lufy na moim karku. I ktoś wyłączył światło. ***Za nimi stało dwóch smutnych panów. Powiedzieli, że prowadzą mnie do komendanta. Mnie oczywiście o zdanie nie pytali. W końcu stanąłem przed obliczem tej szychy. Nie było to najprzyjemniejsze spotkanie w moim życiu. Za biurka patrzyła na mnie twarz zawodowego pokerzysty. Zza okularów świdrowały mnie oczy, które mówiły "ja wiem o tobie wszystko, a ty o mnie nic". Dłoń w eleganckiej rękawiczce zasłaniała usta. Trwało to przez długą chwilę. Bardzo długą chwile. Wystarczająco długą, żebym ja, który przeżyłem piekło Afryki i bez wahania mógłbym w tym momencie skręcić mu kark, zaczął się go obawiać.... i szanować. Później, ultra powolnym ruchem, otworzył leżącą przed nim teczkę, z której bezbarwnym głosem, nie zwracając w ogóle na mnie uwagi czytał. Było tam opisane całe moje życie. Kiedy skończył, znów zaszczycił mnie lodowatym spojrzeniem i powiedział. -- Mam dla pana pracę. -- Nie jestem zainteresowany -- odrzekłem. -- Oczywiście że pan jest. To praca w oddziałach specjalnych ONZ -- Przecież pan wie, mogę się podjąć każdego zadania, ale nie dla ONZ. -- Dlaczego? -- Przecież pan przed chwilą czytał, jak mogę pracować dla morderców. Albo dla gości którzy nie wahają się wsadzać dzieci do maszyn bojowych, czy czymkolwiek to cholerstwo nie było... Cios był dobry i poniżej pasa. Jedyny raz podczas tej rozmowy na twarzy pana "granitowa skała" pojawił się jakiś ślad emocji. A może tylko mi się zdawało. Bo za chwilę odrzekł mi lodowatym głosem -- Pan już pracował dla morderców, ja i moja organizacja pracujemy dla dobra ludzkości. -- Taaak, to ciekawe, tyle że widziałem to, do czego ta pańska ludzkość jest zdolna. I wcale to mi się nie spodobało, już wole pracować dla uczciwych morderców. Oni przynajmniej mi nie wciskają kitu. -- Czyli odmawia pan. -- Czy muszę się powtarzać? -- Odmawia pan bez względu na konsekwencje? -- A co, zabijecie mnie? Odkąd pański pracujący dla dobra ludzkości ONZ zabił mi rodzinę i towarzyszy broni, nie mam po co żyć. -- Wcale nie zamierzamy grozić panu śmiercią... -- Macie jakąś przyjemną celę? Mogę przeżyć resztę swoich dni na koszt podatników? Możecie mnie wysłać choćby do piekła! Nie boję się. Jeśli piekło istnieje, to ja w nim już byłem. Rozwalcie mnie, albo wyślijcie na Kamczatkę, ale odczepcie się ode mnie! Nawet nie zauważyłem, kiedy wstałem i uniosłem się nad dzielącym nas biurkiem. Nerwy miałem napięte jak postronki. Nie wiedziałem czy mam go udusić, czy się rozpłakać. Dwóch stojących za mną tajniaków rzuciło się ratować swego szefa. Zatrzymał ich ledwo dostrzegalnym ruchem dłoni. Jego twarz nawet nie drgnęła. -- Ale my wcale nie zamierzamy panu robić krzywdy. Nie zamkniemy pana w więzieniu czy w innym miejscu odosobnienia. Wypuścimy pana wolno. Damy panu pewną sumę pieniędzy i bilet do wybranego przez pana miasta na świecie. I złożymy naszą propozycje komuś innemu. Lecz dla kandydata numer dwa nie będziemy tak wyrozumiali. Złamiemy go i zmusimy, by dla nas pracował. Nie będzie w tej pracy taki dobry ja pan. I pewnie szybko zginie. Ale nie zostawił pan nam wyboru. Może pan iść. Jest pan wolny. Stalowa pięść chwyciła mnie za gardło. -- Kim.... kim jest mój zastępca? -- Myślałem, że to pana nie interesuje. -- Kim on jest, do ciężkiej cholery?! -- W zasadzie nie powinienem tego mówić. Informacja ta jest tajna, ale nim pana wypuszczę, zrobię panu tę przysługę. Nazywa się Jean. Jean Michelet. Syn właściciela Francuskiej spółki wydobywczej. Na trzy dni przed Drugim Uderzeniem przyjechał do Konga na safari. Do 2007 uważany za zaginionego. Obecnie żyje ze swoją żoną na przedmieściach Neo Los Angeles -- wyspa Kalifornia. Według posiadanych przez nas danych przez pierwsze miesiące chaosu w Afryce służył w pewnym oddziale najemników. Chyba pan wie, w którym. Oczywiście, że wiedziałem. Był dzieciakiem, który trafił do piekła. Nie miał nawet osiemnastu lat... błagał ze łzami w oczach, bym pozwolił mu przyłączyć się do oddziału. Wcześniej już mało co nie został zabity. Od trzech dni nic nie jadł. Bez mojej pomocy nie przeżyłby nawet godziny. Mówił, że umie strzelać i takie tam. Akurat gówno umiał, ale i tak pozwoliłem mu zostać. Nawet go polubiłem, nie był typowym synalkiem bogatego tatusia domagającym się przywilejów. Chętnie się uczył i starał się ze wszystkich sił nie odbiegać od reszty moich świetnie wyszkolonych weteranów. Ludzie to docenili. To właśnie on wymyślił to ślizganie na łyżwach i obrzucanie się śnieżkami, kiedy spadł śnieg. Był nieomal maskotką pułku. Aż pewnego dnia nie wrócił z patrolu; dostał się do niewoli. Równie dobrze automatycznie mogliśmy go uznać za martwego. Nikt z nas nie był na tyle głupi, żeby dać się złapać żywcem przez Murzynów. Każdy miał przy sobie jeszcze jeden nabój, żeby uniknąć schwytania i przyjemności typu: odrąbanie maczetą rąk, nóg, języka, genitaliów i na koniec wyrzucenie jeszcze żywego na kopiec pełen termitów. To był dzień smutniejszy niż inne. A teraz ten sukinsyn mi mówi że przeżył !!! I jeśli ja odmówię... W mojej twarzy można było chyba czytać jak w otwartej księdze. Człowiek po drugiej stronie biurka kontynuował bezlitośnie jednostajnym głosem. -- Tak, przeżył. Uratowała go córka miejscowego plemiennego kacyka. Zakochała się w nim i w jakiś sposób wybłagała dla niego łaskę. Potem, kiedy wieś została zaatakowana, on uratował życie jej. Byli jedynymi, którzy przeżyli ten atak. Wyrósł na dzielnego młodzieńca, przeżył zimę i anarchię. Znalazł sposób na wydostanie się z Afryki zanim jeszcze ONZ przywróciła tam ład i porządek. Teraz żyje ze swoją żoną, dochowali się trójki dzieci, wielka rzadkość w naszych czasach. Szkoda, że go będę musiał oderwać od tej sielanki. -- Dlaczego on ? Przecież macie ludzi na pęczki. Dlaczego on? -- zapytałem ledwo słyszalnym szeptem. W gardle miałem sucho, w głowie chaos. -- Bo ma pewną potrzebną nam umiejętność. Może nawet nie umiejętność, co raczej dar. Wygląda na to, że należy do tych nielicznych ludzi, co potrafią wyjść cało z najbardziej nieprawdopodobnych sytuacji. Potrzebujemy takich ludzi, bardzo ich potrzebujemy. Albowiem oni i tylko oni mają minimalną szansę przeżycia w zaplanowanych przez nas akcjach. Powiedzmy, w polu rażenia broni porównywalnej z miną NN. Pan też ją posiada, ten dar, prawdopodobnie lepiej rozwinięty niż w przypadku pańskiego zastępcy. Szkoda, że nie będziemy mogli skorzystać z pańskich usług. Mina NN. Siła głowicy nuklearnej małej mocy. Nic dziwnego, że szukają ludzi, którzy jakimś niesamowitym fuksem potrafią wymknąć się śmierci spod kosy... Stalowy uścisk na moim gardle się jeszcze bardziej zwiększył, o ile jeszcze było to możliwe. -- Teraz dziękuję panu za rozmowę. Żegnam pana. Jest pan wolny. Pieniądze i bilet dostanie pan przy wyjściu. Po czym zebrał papiery z biurka i zaczął szykować się do wyjścia -- A... a gdybym się zgodził? Zostawicie Jeana w spokoju? -- Tak, jeśli pan zdecyduje się współpracować tu i teraz. Ma pan pięć minut na decyzję. -- Mogę chociaż wiedzieć, na czym będzie polegało moje zadanie? -- Tę informację będę mógł ujawnić dopiero, gdy pan podpisze dokumenty i deklaracje lojalności. Ma pan jeszcze cztery minuty i trzydzieści sekund na decyzję. Nie potrzebowałem tyle czasu. Zanim upłynęły dwie minuty byłem porucznikiem wojsk wewnętrznych ONZ, z aktualnym przydziałem: placówka rozwojowo--badawcza NERV. Szybko wprowadzono mnie w moje zadanie. Było ono dość proste i całkowicie samobójcze: w lekkich terenowych jeepach, lub lecących przy samej ziemi żyrokopterach, mieliśmy ubezpieczać wielkie, sześćdziesięciometrowe maszyny bojowe. Nawet nie powiedziano nam jak się nazywają. Dla mnie i siódemki podobnych mnie straceńców, którzy podobno mieli ten sam dar co ja, były to obiekty Fioletowy, do którego później dołączyły Szkarłatny i Złoty. Służyliśmy im jako rozpoznanie i pomagaliśmy namierzać cele. Często też podlatywaliśmy w pobliże obiektów zwanych aniołami, żeby sztab miał jak najpełniejsze informacje o nich, zanim wyśle którąś ze swoich gigantycznych zabawek w bój. A kiedy już giganty zaczęły toczyć swoja bitwę, my musieliśmy trzymać się jak najbliżej nich. Aby w razie jakiś problemów przyjść ich pilotom z pomocą. A że nie raz jakaś mrówka była rozdeptana, spalona, zmiażdżona pod setkami ton walącego się wieżowca... Taka była cena tego, że w razie gdy się coś spieprzyło, my natychmiast mogliśmy wyciągnąć dzieciaka z potrzaskanej maszyny i udzielić mu natychmiastowej pomocy. Tak, nie przesłyszeliście się. Dzieciaki. Dwie dziewczyny i chłopak. Tylko nasz lekarz ma pełne dane o nich. Niesamowity facet, jedyny który przeżył podczas zamachu terrorystycznego na pasażerski liniowiec "Andrea Doria". Mimo, że to ja dowodzę, to on jest najważniejszy w zespole, bo tylko on wie, co robić kiedy już w końcu dostaniemy się do potrzaskanej kapsuły ratunkowej, a siedzący w niej dzieciak jest już od minuty w stanie śmierci klinicznej. Taka jest oto moja praca. Nawet nie znam nazwisk tych dzieci, dla których ryzykuję życie. Czasem przez czysty przypadek widzę je. Jak tego chłopaczka i opiekującą się nim czarnowłosą kobietą z ciałem modelki, gadką trzpiotki i ruchami całkiem dobrze wyszkolonego żołnierza. Ochroniarz? Strażniczka? Niańka ? Pewnie wszystko na raz. Ja je poznaję, ale one mnie nie. Nic dziwnego. W momencie, gdy wchodzę do ich potrzaskanych maszyn, najczęściej są zajęte czymś innym niż oglądaniem mej posiekanej twarzy. Na przykład umieraniem. Nie jestem dobrym człowiekiem. Popełniłem wiele zbrodni. Pracuję dla organizacji której nienawidzę, walczę za sprawę której sensu nie rozumiem. Ale wiem teraz jedno. W tym całym porąbanym świecie, gdzie dzieci muszą siadać za sterami maszyn bojowych, jest jedna osoba, która jest szczęśliwa. Ma kochającą żonę, trójkę dzieci, mały schludny domek na przedmieściu i psa. Umie cenić te rzeczy, a kilku moich znajomych potajemnie czuwa nad tym, by mógł dalej żyć swoim spokojnym życiem. I tylko to się liczy. Bo jeśli nie, to co? Wrocław 1999 Monty Python | Anime | Recenzje i analizy Rozmyślania| Linki | Kontakt
|