| Dominik Fórmanowicz
Abyss II
Wykonując rytmiczne, gwałtowne ruchy, zastanawiał się, co on tu właściwie robi. Z każdym pchnięciem ogarniało go poczucie rozpaczy, zniechęcenia. Ile dałby, by być teraz gdzie indziej, gdziekolwiek. Spacerować ulicą, szczelnie pokrytą nocnym chłodem. Lub chociażby palić papierosa siedząc na parapecie, z kubkiem herbaty w ręce. Wreszcie zasnąć. Możliwości było wiele, a każda zdawała się być lepsza od sytuacji, w której aktualnie tkwił. A tkwił w mokrym i zniechęcająco przepastnym wnętrzu Emilii, byłej dziewczyny swojego kuzyna. Nie chciało mu się nawet zastanawiać, jak do tego doszło. W tym momencie pamiętał tylko presję, którą czuł, gdy przeszli przez drzwi jego mieszkania. Wyczuwał, że dziewczyna oczekuje od tego spotkania seksu. Było to wliczone w zestaw jak śmietanka do kawy czy keczup do pizzy. Tylko nie wiedział już czy jest bardziej pizzą czy keczupem. Zdawało mu się, że pełni raczej rolę hot-doga, a dziewczyna, której rozległe biodra tworzyły jasną plamę w półmroku letniej nocy, zdawała się konsumować go swoim ciałem. Nie potrafił znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego czuł się z nią tak przedmiotowo, poza tym trudno było mu myśleć abstrakcyjnie w momencie, kiedy cała krew odpłynęła z mózgu, by użyźnić genitalia. Nie wiedział już, czy był łowcą czy zwierzyną. Wiedział, jak bardzo łatwo zatracić tę subtelną różnicę. Sęk w tym, że niewiele osób tak naprawdę ona obchodzi. Może i lepiej, bo efekt jest ten sam, bez skutków ubocznych w postaci zagubienia, bez zbędnych pytań do samego siebie, bez niepotrzebnego hamletyzowania. Podobała mu się, więc zaprosił ją do siebie. Pili i rozmawiali przez jakiś czas, siedząc u niego, dopełniając udaną imprezę, na której się poznali. Jednak dopiero, gdy w nią wszedł, zdał sobie sprawę, że ta sytuacja jest wielkim, trwającym miesiące deja vu, inny jest tylko smak potu i odgłosy, wydobywające się z jej szeroko otwartych ust. "Eliza, gdybyś znała teraz moje myśli", przeszło mu przez głowę. Nie, Emilia... Zwątpił. Nie był pewien, pamiętał tylko, że pierwszą literką jej imienia jest na pewno E.
Wchodził w nią coraz mocniej, starając się dać jej więcej satysfakcji niż sam mógł dziś zdobyć. Pewnie zaraz usłyszy, że ma go wyjąć nim dojdzie. Potem będzie musiał iść po ręcznik. A na koniec ona zapyta, czy ma coś do picia. Może pójdą zapalić. Tak, dobry pomysł. Ścisnęła go udami, a ręką, paznokciami wbitymi w jego pośladek, przyciągała go do siebie. Naprawdę lubił seks, jego ostatnia dziewczyna była najlepszym świadkiem na to, jak bardzo uwielbiał tę formę spędzania czasu. Jednak teraz przeszkadzał mu ten brak nie tylko uczuć ale też emocji, pustka, w jakiej przyszło mu kochać się z Emilią. Elizą. Nieważne. Nie czuł nic, nie było żadnej bliskości, dał się zwieść chwilowej przyjemności, jaką niosło ze sobą poznanie tej, jak się mu wydawało, obiektywnie interesującej dziewczyny. Ale w tym momencie nie chodziło już o poznawanie się. To było wzajemne wykorzystanie. Obustronny gwałt. Tak samo jak jej początkowo ciasne wnętrze, teraz dziwnie nieprzytulne. Wiedział, dlaczego czuje się tak fatalnie. Nie mógł za to winić tej dziewczyny. Nie miała szans sprawić, by poczuł się tak jak dzień wcześniej, gdy dostał esemesa od swojej nieodżałowanej partnerki, przyjaciółki, kochanki. Przypomniał sobie ten moment poprzedniego dnia. Gdy na wyświetlaczu telefonu zobaczył jej imię, poczuł jak niewidzialna pięść uderza go w klatkę piersiową, wytłaczając z niej całe powietrze. Potem już tylko skurcz żołądka i chłód, odczuwalny każdym centymetrem kwadratowym skóry. Przez jedno, beznadziejnie obojętne "Hej, co słychać." Emilia - tak, chyba Emilia - była dobra. Naprawdę niezła. Drapieżna i ekspresyjna, nie wiedział tylko, do jakich granic. Przeszło mu przez myśl, że chciałby mieć więcej czasu, by zbadać te granice, a potem przedrzeć się przez nie i odkryć przed nią światy, o których nie miała pojęcia. A może dać sobie takie światy pokazać. Ciekawe, co o nim myślała. Czy myślała cokolwiek, poza tym, że oto trafiła się okazja, żeby dać się przelecieć? Kim dla niej był? Nie mógł uwolnić się od przeczucia, że żadne z nich tego nie wiedziało. Między kolejnymi pchnięciami z serii tych ostatnich, kiedy jęki i przyspieszony oddech obojga ludzi się kumulują, mnożą przez siebie i wypełniają pokój, by ostatecznie osiąść na brudnej szybie okna gęstą parą, spadła na niego odpowiedź. Jak mógł oczekiwać, że będzie dla niej kimś, skoro był nikim dla samego siebie? Dlaczego to ona miała wiedzieć kim jest dla niej ten obcy facet, skoro on sam zatracił swoją tożsamość w nieskończonym ciągu podobnych nocy. Nieprzynoszących satysfakcji, czy chociażby podbudowujących męską dumę. Nie smutnych, lecz także nie triumfalnych. Po prostu nijakich. Seks zdawał się odbierać tożsamość. Zsuwając się z niej, przytulając to nieznane wcześniej ciało i słuchając ich połączonych, łapczywych, obcych sobie oddechów, zastanawiał się, dlaczego tak jest. Co takiego tkwi w tym naturalnym odruchu chęci zbliżenia dwojga ludzi, że przy wszystkich niepodważalnych zaletach i przyjemnościach, niesie ze sobą niebezpieczeństwo i zagubienie? Intymność. Pokazanie, ofiarowanie komuś samego siebie -- te określenia unosiły się teraz w ciemności na wietrze ich głośnych oddechów. Moment, w którym ofiarujesz się komuś, zabiera ci część samego siebie, myślał. Wyrywasz z siebie fragment swojego bytu i trzymając go w garści: ociekające krwią i wstydem własne "ja", dajesz je komuś, czy tego chcesz czy nie. Dajesz je osobie, z którą nic cię nie łączy lub komuś, z kim łączy cię bliskość, jakakolwiek. Od sympatii, przyjaźni, przez przywiązanie do miłości. Znasz tę osobę, ona zna ciebie i akceptuje, lub jesteście wobec siebie zupełnie obojętni i nie mogąc przypomnieć sobie własnych imion podpisujecie umowę o dzieło, której przedmiotem jest orgazm. Jeśli jesteście ze sobą blisko, jeśli istnieje między wami jakakolwiek wieź szacunku czy chociażby sympatii, całe twoje intymne wyznanie wiary zostaje przyjęte, zaakceptowane i uszanowane jako "ty". Wraca do ciebie, pełniejsze i potwierdzone. Wysłuchane. Wzbogacone o akceptację drugiej osoby, wzmocnione przez "ja" drugiej osoby. Jeśli podpisujesz umowę o dzieło, również nie możesz wyeliminować tego wyznania. Jakiekolwiek są zyski, są to nakłady konieczne. Poświęcenie i zdemaskowanie części, fragmentu siebie. Jednak zupełnie obca osoba nie jest w stanie przyjąć tego tak, jak ty nie jesteś w stanie zrozumieć powagi jej wyznania, dać jej poczucia akceptacji. Wzajemne obrzucanie się intymnością, wyznania i transparenty, okrzyki zbyt słabo słyszalne lub wykrzyczane zbyt głośno, w zupełnie innych językach. Ofiary nie przyjęte, złożone przypadkiem, tożsamość rozlana na skórze i zasychająca bezbarwnym strupem, nieuświadomiona utrata siebie samego.
Dryfujące z ust do ust własne "ja". Leżąc obok niej zdał sobie sprawę, że z każdą nocą sam staje się zaledwie kompilacją własnych wspomnień, albumem przeżytych doznań, używaną chusteczką z wyhaftowanym własnym imieniem. Jednak, paradoksalnie, jego niepokój i zagubienie częściowo ustąpiły, gdy to zrozumiał. Tożsamość zdawała się wracać poprzez odnalezioną, chociaż w zarysie, samoświadomość.
Spała już, z głową przy barku chłopaka i ramieniem przerzuconym przez jego brzuch, kiedy otworzył oczy i uśmiechnął się do siebie, patrząc w ciemność. Noc jak zwykle była kapryśna. Początkowo gotowa odrzucić go i upokorzyć, teraz na nowo otwierała przed nim swoją przytulną otchłań, obejmując ramionami nieznanej kobiety.
Strona główna | Opowiadania | Wiersze/poezja | SF Monty Python | Anime | Recenzje i
analizy Rozmyślania| Linki | Kontakt
|