Jacek Durski
Jutrosin
Spalcie
mnie po śmierci i rozsypcie resztkę pod Jutrosinem. Najlepiej
blisko madonny z Szymonek, tej z wypłakanymi oczyma albo nad
Orlę, przy którymś mostku.. Pójdę sobie stamtąd do nieba.
Z błękitu
sfrunął ptak. Jechałem dwukółką przez jutrosińską
zieloność z małego dworca kolejowego do małego miasteczka.
Mgły rozwiewały się odsłaniając coraz to dalsze pola i łąki.
Podskakiwałem na kolanach dziadka Blu. Ojciec ojca coraz
ostrzej poganiał konie okładając lejcami brunatne zady. Dał
mi prowadzić na prostej. Pędziliśmy jak wiatr, a za nami w
bryce cała rodzina obiecująca dziadkowi „że go zaraz wsadzi
do Wronek.” Było wspaniale. Pierwszy raz kierowałem końmi i
poznałem dziadka z porąbaną głową. Dziadek Blu rówieśny
Piłsudskiego miło wspominał wyprawę na Litwę, chociaż wrócił
do Jutrosina ze szparą w głowie po czerwonej szabli. Jeszcze
dzisiaj mógł włożyć w środek czoła grosz albo medalik z
pierwszej komunii.
—
Cybatego miałem wierzchowca — opowiadał mi zaraz po szaleńczej
jeździe. — Potykała się szkapa i potykała, o tak. I potknęła
się kiedy ciąłem kolejnego armiejca. O tak ciąłem —
wytargnął szablę z pochwy. Zamigotało w pokoju słońce.
—
Codziennie wywija tą brzytwą, aż strach — skarżyła się
ojcu babcia. — Kiedy tylko wyjdę z mieszkania a przecież
muszę do sklepu, Blu narzuca kołdrę na poręcz naszego łóżka,
nasadza poduchę i z okrzykiem „no, ustaw się cybaty”
wskazuje na rzekomego wierzchowca. Ściskając łydkami dębowe
esy-floresy rusza na Mołodeczno. Musiałam odsunąć łóżko
od ściany, żeby jechał jak lubi. I wyciął Polskę z atlasu
Zbinia, Polskę z innymi granicami.
„Powinniśmy być wszędzie” straszy listonosza szabliskiem.
— Sam
generał widział jak cybaty pogryzł tego armiejca. Zagryzł go
najdroższy kiedy leżałem pod kopytami — wyszczerzył
dziadek zęby i chapsnął mi marynarkę. — Razem dostaliśmy
virtuti.
—
Zostaw małego, dopiero przyjechał — oderwała się babcia od
mojego ojca, od najukochańszego Ignaca.
— Nie
było rozkazu gadać z babami — zachichotał dziadek i już
siedział okrakiem na szczycie małżeńskiego łoża. Dosięgnął
pamięcią ciepły łeb wierzchowca. Zarżał za cybatego.
Dziadek
Blu był tym najważniejszym w Jutrosinie. Był żywym pomnikiem
w miasteczku. Walczył z Rosją i Związkiem Radzieckim, z
prusactwem i hitlerowcami. Większość życia spędził na
koniu, z szablą. Słuchano go stojąc na baczność, tolerowano
starcze wygłupy. Dopiero za nim stał ksiądz-proboszcz,
lekarz, aptekarka, wikary. Tę kolejkę zakłócał tylko mój
ojciec, kiedy przyjeżdżał do Jutrosina. Na szczęście dla
„kolejki” co kilka lat, na Wielkanoc. Teraz przyjechał ze
mną, pochwalić się pięcioletnim mądrasem, który już czyta
od roku i rozwiązuje zadania szachowe.
— Po
obiadku idziemy na spacer pokazać się wszystkim przed
Wielkanocą — powiedział.
Wyszliśmy
z przyjemnie chłodnej kamienicy, obrośniętej bluszczem na
taflowany gorącem rynek. W czarnych lakierkach, z czarnymi
parasolami spacerowaliśmy po kwadracie przez dobrą godzinę
witając się z jutrosiniakami. Słońce płynęło ze ścian
ratusza. Dobrze, że drzewa podsyłały cienie. Przywitawszy się
z ważniejszymi w miasteczku zeszliśmy nad Orlę rozwierzbioną
stojącymi nad nią iwami. Szemrała wpływając pod drewniany
most. Zdjąłem buty i odłożyłem na trawę parasol. Popiękniało.
Ojciec też ściągnął buty. Położył się pod niebem. Dookoła
rozlewały się pola i łąki. Jezioro zielonego i brązowego. Pływały
w nim biało-czarne krowy. Stały strachy-charłaki. Daleko, na
drugim brzegu smukliły się wieżyczki kościółka. Usłyszałem
ciche dzwonienie. Dźwięk polatywał równiną. Krążył
niebieskawo, przysiadał bieluchno. Białe, zaróżowione na
brzegach koła. Przez chwilę postrzępione gdakaniem kury.
Dzwon brzmiał coraz mocniej, głębiej, niebiesko i żółto.
Dzwonił do dalszych wiosek, falował barwami. Zabiło coś w
ziemi, pulsowało pod piersią. Słyszałem bicie serca i nadobłocznego
ptaka. Dziwna moc uniosła mnie z trawy. Rozkrzyżowałem ręce
i leciałem nad Jutrosinem.
—
Dziadek jedzie po nas dryndulą — odezwał się ojciec. — O,
zauważył, że patrzę i pędzi jak nienormalny.
Przestało
dzwonić. Przebrzmiewające dźwięki-kolory opadły na równinę
gasnącymi kręgami. Niebieski spopielał na wierzbie. Przysiadłem
na parasolu. Zaszeleścił zwyczajnie krzak.
— Na
„zajączka” kupiłem ci wierzchowego i siodło — powiedział
ojciec do dziadka. — Od Sobańskich. Przyprowadzą po
Wielkanocy. Ale pamiętaj najszybciej truchtem. Co robisz!? Całujesz
mnie po rękach?
Nie spałem
całą noc. Ten dzień miał tyle obrazów, muzyki. Dziadek
udający cybatego. Maczugowata wierzba pochylona ku Orli, odbita
w wodzie. Kościółek oblepiony domkami. Rozkolebane dźwiękiem
barwy. Dziadek ściągający lejce. Pędząca jak ogień dwukółka.
Różowy podźwięk dzwonu, różowo-szary. Wiechciowate dłonie
strachów-charłaków. Rynek z jutrosiniakami. (Weszła w to
naga Indianka i nagi Indianin). Daleko, mrużąc oczy stado biało-czarnych
krów. Dziadek całujący po rękach ojca. Polerowane wiatrem
niebo. Ptaki. Dziadek śmigający szablą. Ojciec śmigający
szablą. Dziadek i ojciec śmigający szablami.
Rano msza
przed witrażem Mehoffera. Niech Bóg ma ciało i głos, niech
nie będzie taki nijaki.
A po
komunii wszyscy przy święconym stole. Stryjek Jasiu odepchnął
chętkę, na któryś tam plaster szynki... e, nie będzie jej
dzisiaj odpychał.
Po południu
wracałem z ojcem do Katowic, do matki. Dziadek płakał. Żegnaliśmy
się „do przyszłego roku”, na zawsze.
Drugi raz
przyjechałem do Jutrosina po dziesięciu latach. Z dworca wziął
ojciec taksówkę. Sunęliśmy do miasteczka wśród zielonych
traw. Słońce płonęło pod powiekami fioletową falą. Popędzał
konie zmarły dziadek. Zawoził babcię do nieba. Świecił Gusi
klingą.
Taksówka
zwolniła. Otworzyłem oczy przed ścianą bluszczu. Ukłonił
się przechodzący jutrosiniak. Stanął. Wziął od ojca walizkę.
Wysiedliśmy z parasolami.
W
kamienicy powitał nas stryjek Jasiu, stary kawaler ze swoją
konkubiną, panią (zapomniałem nazwiska). Zapisał jej
wszystko. Sprzedała konie i szable. Sprzedała dziadka ziemię.
Nawet pół domu sprzedała. Złości się zmarły dziadek.
Krzyczy ze ścian i szuflad. Błyska w lustrze brzeszczotem.
Usiedliśmy
jakoś do wielkanocnego stołu. Mnóstwo wędlin, sosów i
chrzanu. Żółcone cebulą jaja i czekoladowy baranek. Jemy i
rozmawiamy omijając kilka tematów.
—
Zbiniu zgubił dziecko na dworcu. „Kto przyprowadzi do dyżurnego
małą Marylkę dostanie cztery walizki” ryczał do megafonu.
—
Poznali się przy sekcji pijaka.
— Pamiętasz
Ignac tę szarżę pod Wilnem? Naraz roztrysnęła się ziemia,
lecz ja i kilku wiernych pędziło dalej, za tobą, na sowieckie
okopy.
— Pamiętam.
Podaj mi sól i pieprz.
Posolone
i opieprzone jajko.
— A
pamiętasz Ignac tę szarżę za Lidą? Poprowadziłeś nas na
czerwone tabory. Tańczyła śmierć po głowach sołdatów. Wzięliśmy
tyle broni, a ty dostałeś swój pierwszy krzyż.
Ojciec
na ostrym koniu, szwadron za nogą szablą ojca.
— To ty
tato byłeś bohaterem? A mama powiedziała, że zrzucasz rogi w
Warszawie.
— Co u
starych Sobańskich? Dalej kładą duże na małe?
—
Dalej. Młodzi też. Michał skończył historię sztuki i
gospodaruje w PeGeeRze. „Żyto nie żyto” zgadują specjaliści
ze Śremu. „A gdzie to się pochowały ziemniaki?” szukają
specjaliści ze Środy Wielkopolskiej.
Przeistoczyłem się w ojca na ostrym koniu. Pędzę. Rosnąca
w oczach kolumna. Wdzieram się żelazem w nienawistną masę.
Ten! Już wybrany na śmierć. Mój. Już nie zgwałci, nie
spali. Najeżdżam i tnę z góry, i obalam z koniem.
— A
pamiętasz Ignac tę szarżę w rejonie Ossowa? Byłeś taki młody,
a już dowodziłeś batalionem. Blu, chcąc nie chcąc, od
czterech dni służył pod tobą. Chciał się przed synem
popisać. Dlatego dostał po głowie. Później zwalał na
konia.
— I rży
teraz co noc. Ani go wapnem zadusić, ani ukropem sparzyć.
Musimy żyć z Blu. Dobrze, że Gusia nie straszy.
—
Wszystko pamiętam, a najlepiej ciebie Janek na końcu ataku.
Mogłeś pilnować starego.
— Jak
miałem pilnować, kiedy był szybszy ode mnie?
—
Jacusiu, idź proszę na spacer!
—
Lepiej mówmy o Zbiniu. Liznął Simone de Beauvoir i odwrócił
się od narzeczonej. Woli Ostrów Wielkopolski. Dziwny.
Podziękowałem
i odszedłem od stołu. Coraz szybciej przebierałem nogami.
Przedpokój, kręcone schody, rynek, i na prawo na cmentarz do
dziadka, do złotych liter na czarnym granicie. Patrzyłem na żółtego
robaka. Wylazł z grobu.
Co
krzyż to człowiek. Istnieje w myślach bliskich. Umiera tak
naprawdę po ich śmierci. Muszę mieć dużo synów, i córek,
wnuków, prawnuków. Niech myślą o mnie na starość.
Kilka
kobiet opowiadało o czyimś konaniu, o śmiertelnej czkawce.
Robak szedł po złotych literach. Dziadek stukał iglicą
fajki. Nadleciała czarna chmara wron, może gawronów, zatoczyła
koło, rozbiła się o dachy miasteczka.
Nie wrócę
do stołu, do tej krzywej Napierały (przypomniałem sobie
nazwisko), co tak mówi o dziadku.
Poszedłem
drogą do Szymonek. Międzydrzewne obrazy pól. Wiatraki,
wiatrak, skrzydlina wiatraka, skrzydlisko. Dziadek na
wierzchowcu ojca. Słońce w skrzydlinie. Dziadek na
klaczy koloru pleśni. Rozerwana wiatrem chmura, białe części
idące błękitem. Dziadek witający się z charłakami, z
przydrożną madonną.
Pokazały
się chałupy Szymonek. Kilka zagród pod lasem. Odjechał
Blu do Gusi. Położyłem się w bzykającej trawie.
Zmierzchało. Wiatraki lawowały pole długimi, niebieskimi
cieniami. Jeden z wiatraków zawirował ostro i powoli zatrzymał
się. Stanęła śmiga w miedzianym słońcu. Dotykające mnie
zewsząd obrazy: niebo, skraj lasu, idąca po ręce biedronka,
waliły się w mózgu, łomotały do jakichś drzwi. Wszedłem
tak mocno w naturę, aż poczułem Boga.
Nade mną
stał ojciec. Wysiadł przed chwilą z taksówki.
—
Szukam ciebie od drugiej. Nie przyjedziemy już więcej do
Jutrosina — powiedział. — Nie, nie z twojego powodu —
zaprzeczył gwałtownie.
Wykrzywiła
mu się twarz i zaczął płakać jak dziecko.
Nigdy nie
zapomnę ojca pod Szymonkami, ojca spacerującego po kwadracie
rynku, ojca za wielkim stołem, ojca bohatera. Nie zapomnę jego
rodziny, mojej rodziny czekającej na nas z orkiestrą na stacji
„Jutrosin” czterdzieści siedem lat temu. Będę pamiętać
ten dom obrośnięty bluszczem, ratusz na pół Jutrosina i tę
zieloną, niebieską przestrzeń, w której Bóg. Nie oddałbym
tych wspomnień za złoto Niusi, za samochody przyjaciół. Rozkładam
w myślach, na stole kolorowe obrazki. Tasuję i znowu sobie
rozkładam. Przed chwilą ułożyły się tak: rozpękła
wierzba. Dziadek udający cybatego. Dziadek śmigający szablą.
Klockowe i szydełkowe koronki. Chłód poddrzewnego kamienia.
Królujący na stole baranek. Biały krąg dźwięku, biało-różowy.
Gusia z packą na muchy. Wioska obsypana kolorowymi dźwiękami.
Gusia z oganką. Stryj słuchający Londynu. Stryj zasłuchany
jak kuropatwa. Most łukowo przeciągnięty nad Orlą. Zbiniu z
geograficznym atlasem. Dwukółka. Bezśmigły, podługowaty
wiatrak, skrzyniasty. Szarża za szarżą.
A teraz: dziadek
nad talerzem owsa. Podleśna wieś. Litosne ręce madonny,
konopiasta suknia. Dziadek z babcią pod powiekami ziemi. Krwawiące
mundury. Ojciec przed batalionem. Patykowata noga stracha-charłaka.
Przeżółcony zasłoną pokój, rozcieplony żółtym. Wiszące
na strychu zabawki. Siła dźwigająca z trawy. Grzegotanie żab.
Stary Sobański przewracający w palcach monokl, a po dziesięciu
latach binokle. Polska z innymi granicami. Przesuwający się po
rynku cień wieży ratusza, bodzący ścianę bluszczu. Dziura w
głowie dziadka; grosz i medalik.
Czas, żeby
stanąć przed sztalugą. Zbieram rozłożone w myślach
wspomnienia. Nie chcę grobu, tylko trochę trawy pod Jutrosinem.
|