Tadeusz Łomnicki
Santa Monica, 22 lutego 1992
(fragment książki Jana Kotta "Nowy Jonasz i inne szkice")
(1927-1992)
Wielki Molier umarł na scenie. Grał rolę tytułową w Chorym z urojenia. Pierwszy raz źle zagrał swoją rolę. Jego "chory z urojenia" był śmiertelnie chory.
Tadeusz Łomnicki umarł na scenie na jednej z ostatnich prób generalnych Króla Leara. Za dobrze zagrał. Łomnickiemu i Learowi pękło serce. Rok, a może dwa przygotowywał się do tej roli. Chciał, żeby była to rola jego życia. Była to jego rola śmiertelna.
Łomnicki był wielkim aktorem, chyba jednym z największych w jego pokoleniu. I w Polsce, i na świecie. Było to aktorstwo niezwykłe. Tak długo wchodził w rolę, aż rola weszła w niego. Pisałem kiedyś o duszo-ciałach. U Łomnickiego, kiedy przygotowywał rolę, dusza stawała się nowym ciałem albo ciało, jego własne ciało, jego znużenie, omdlałe czcionki, wysychające gardło i chrypienie miało nową duszę. Ciało i dusza Łomnickiego i postaci, w które wchodził i które w niego wchodziły, były nierozdzielne.
Pamiętam go z ostatnich premier, z Komedianta i z Ja, Feuerbach, z tych monodramów, z tych niemal godzinnych monologów prowincjonalnego aktorzyny i dyrektora podupadłych teatrów. W tych swoich wcieleniach w podupadłe teatralne ciała i ciągle głodne sukcesu nędzne duszyczki potrafił Łomnicki niespodziewanie ukazać nagły wzlot, jakąś ciągle jeszcze tłukącą się w nich żarliwość. Wiedział niemal wszystko o aktorstwie, o jego dnach i o jego szczytach. A ponieważ wiedział wiele o aktorstwie, wiedział o wzlotach i upadkach twoich, moich, każdego z nas.
Widziałem dwa lata temu na wideo Ostatnią taśmę Krappa. Może i najbardziej gorzkie z aktorstwa Łomnickiego, gdzie mieszają się ze sobą wszystkie czasy przeszłe. W tej rozpaczliwej końcówce czas teraźniejszy jest już także powoli zamierającym głosem.
Łomnicki w Królu Learze Anno 1992 chciał w tej swojej własnej królewskiej agonii ukazać agonię państwa, w którym prywata, szaleństwo i ślepota niszczy więzy krwi i wszelką więź społeczną. Może za wiele w tym swoim Królu Learze chciał przekazać. Tych dwóch agonii nie potrafił przeżyć.
Na dwa tygodnie przed premierą pisałem do teatralnego programu: "Nie zobaczę Łomnickiego w Learze. Ale słyszę jego głos nawet wtedy, kiedy na chwilę ustaje jego serce
". Ustało w Królu Learze na zawsze.
Na tydzień, a może to było dwanaście dni przed śmiercią Łomnickiego, dostałem depeszę: "Thanks, King L.". Bardzo długo nie mogłem zrozumieć, o co tu chodzi. Tę depeszę wysłał mi Król Lear.
Przy tej śmierci tragicznej wszystko już staje się znakiem. Łomnicki umarł na scenie, ostatnie słowa jego Króla Leara brzmiały: "Więc jakieś życie świta przede mną. Dalej, łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem!". Wybiegł za kulisy i umarł. Może los, a może sam Szekspir dał Łomnickiemu te ostatnie słowa przed śmiercią.