Autor: Michał "Pułkownik" Szczepaniak
Kilka słów o wątku...
Tytuł filmu oznacza "Człowiek-Wilk" - twórcy nawiązują tym samym do wątku, w którym bohaterowie samych siebie dzielą na "ludzi" i "zwierzęta", przy czym im bardziej jest ktoś "zwierzęciem", tym dumniejszy zdaje się z tego być.
Chcąc przybliżyć nieco tematykę, naszkicuję zarys sytuacji. Jest nią alternatywna historia Japonii. Według niej około roku 1955 Japonią wstrząsają rozruchy spowodowane przeludnieniem miast, ubóstwem i bezrobociem. Władzom brakuje pomysłów na dialog społeczny, stosują więc "rutynowe" postępowanie, polegające na represjach. Dla skuteczniejszego ich zwiększenia obok policji tworzy się CAPO ("Capital Police"; trafiają się inne tłumaczenia), specjalną formację na terenie stolicy, oraz w jej ramach Korpus Pancerny, mający zająć się najbardziej bojowymi elementami opozycji. Brutalność Korpusu przekracza wszelkie normy, stając się powodem jeszcze większego oporu społeczeństwa. Władze, idąc wreszcie na kompromis, planują scalić CAPO ze zwykłą policją oraz rozwiązać znienawidzony Korpus. "Wilcza Brygada", do której nawiązuje tytuł, to drobna grupa ludzi z Korpusu, nie chciących do tego dopuścić, uważając, że godzi to w ich honor i interesy.
Starając się scharakteryzować wątek filmu w kilku słowach, jeden z recenzentów opisał go jako "polityczno-wojenny, miłosny tragi-thriller". Unikając powtórzeń, można by ten sloganik skrócić do trzech elementów: jest to film miłosny z tłem polityczno-policyjnym.
Czy Wilk może pokochać Czerwonego Kapturka?
Uczucie łączy dwoje ludzi z przeciwnych stron barykady - oficera Kazuki Fuse i Kei Amamiya. Ich role ulegają zmianom, w miarę jak wydający im polecenia "gracze" przesuwają bohaterów z jednego miejsca szachownicy na drugie, niczym pionki w mrocznej grze o jeszcze bardziej mroczne cele - jednak sytuacja zawsze układa się tak, że powinni być swoimi wrogami. W pierwszym rozdaniu ról on jest policjantem, ona rebeliantką. W drugim - on jest przestępcą, ona pracuje dla policji. Wreszcie on otrzymuje rolę kata, a ona ma być jego ofiarą. Jednak miłość pozostaje wciąż ta sama, bo tylko ona jest w tym wszystkim prawdziwa. Ani Fuse, ani Amamiya nie identyfikują się z tym, co im się rozkazuje - wcześniej robili wszystko, co im się powiedziało, tylko dlatego, że nie mieli innego pomysłu na spędzenie życia, niż bierność i posłuszeństwo. Uczucie wyrywa ich z letargu ślepego posłuszeństwa wobec ludzi nie dbających o niczyje interesy oprócz swoich - jednak czy w rozpędzonym wagoniku swego przeznaczenia pędzącym ku przepaści zdążą znaleźć i szarpnąć za jakiś hamulec?
Jednak wątek ten ma też swoje inne twarze: jedną bolesną, drugą smutną.
Ta pierwsza ukazuje cierpienie związane z miłością między tak rozdzielonym przez okoliczności ludźmi. Bohaterowie budują do siebie most poprzez przepaść, którą między nimi wykopali inni. Przy każdej zmianie ról most ten zawala się, a oboje mają powody przypuszczać, że to z umyślnej winy tej drugiej strony. Niepewność i strach, które zna każdy z jakimkolwiek poważniejszym stażem uczuciowym, tutaj nabierają doprawdy monstrualnych rozmiarów. Jednak, zdesperowani i głodni wzajemnego uczucia, Fuse i Amamiya podejmują budowę owego mostu wciąż na nowo. Ten ból krzepi bohaterów (widza zresztą także), i wystawiając nieustannie uczucie na próbę, wzmacnia je cały czas.
Drugą, smutną twarz uczucia ukazują w filmie szare eminencje. Ich cynizm i egoizm przekracza wszelkie granice - w imię pustych haseł, a w rzeczywistości interesów własnych garsteczki osób, w tym zbrodniarzy wojennych, manipulują bohaterami, wykorzystując to, że zaczyna im wreszcie na czymkolwiek naprawdę zależeć. Przedtem nie byli nawet "zwierzętami", ale automatami - wrzucasz monetę, pojawia się kawa (czy, w tym wypadku, w pył pada tuzin trupów). Gdy z automatów stają się wreszcie ludźmi, nawet to jest wykorzystane przeciwko nim. Przez cały film nie życzyłem śmierci żadnej z postaci - jednak właśnie winni wykorzystania miłości przeciwko niej samej najbardziej sobie na nią zasłużyli.
CAPO i Korpus, czyli czemu "Wilki" gryzą karmiące je dłonie?
W alternatywnej przyszłości klęska nie nauczyła Japończyków niczego, nie widzą przyczyny wepchnięcia kraju w niepotrzebną wojnę (rywalizacja między armią a marynarką). Chciwe wpływów instytucje mnożą się, niczym króliki na wiosnę, obrastają w pancerz biurokracji, tworzą własne imperia, których zazdrośnie strzegą. Jedna formacja policyjna, zamiast zajmować się ruchem drogowym na ulicy, wykłóca się z inną formacją, która nie ma już czasu łapać złodziei. Każdy każdemu podkłada świnie, kopie pod nim dołki, rzuca kłody pod nogi i wytyka każdy możliwy powód do wchłonięcia strony przeciwnej w swoje struktury. My, Europejczycy, patrzymy na to wszystko i kiwamy z niedowierzaniem głowami. Z naszego punktu widzenia, to wszystko jest bardzo ciekawe i zajmujące, jednakże jakże niedorzeczne!
A może to tylko ja idealizuję europejską rzeczywistość? A więc dobrze - przyjrzyjmy się przykładom. Otóż, ta taa!, w Europie też istnieją takie formacje, jak filmowa CAPO. Jest nią np. brytyjski Scotland Yard, odpowiedzialny za utrzymanie porządku w Londynie. Typowy jednak obraz funkcjonariusza Scotland Yardu, jaki mamy w głowach, to uprzejmy starszy pan, w garniturze, w dodatku uzbrojony jedynie w telefon komórkowy i ołówek (w Wielkiej Brytanii zdecydowana większość policji nie nosi broni). On nie musi walić seriami po tłumie - walczy inteligencją i perswazją, osiągając i tak wspaniałe wyniki. Policja walcząca między sobą to zjawisko nieobecne i nieznane Europie od wydarzeń paryskich 1871 roku.
Opisywany wątek "policyjny" to symptom obecnego także w dzisiejszej japońskiej rzeczywistości głębokiego braku demokracji. Opiszę go niżej, jednak już teraz chciałbym zwrócić uwagę na przyczyny zorganizowania CAPO - "ukrócanie ambicji policji". Czy trzeba być europejskim prawnikiem, by dostrzec absurdalność i niebezpieczeństwo tych słów? Jakiekolwiek ambicje własne administracji zawsze źle się kończą. Dziś chcą darmowych długopisów, jutro nowej windy, pojutrze samochodu dla szefa, a za tydzień zorganizują zamach stanu. Dlatego na naszym kontynencie zawsze kładło się nacisk na jedno - ani policja, ani żadna inna część administracji nie powinna mieć żadnych ambicji ani interesów własnych.
Nie dajmy się zmylić tym, że "Jin-Roh" to tylko film. Japonia do dziś rozdarta jest między koterie skupione wokół poszczególnych resortów, wspieranych przez prywatny biznes. Skutki są następujące: korupcja, stagnacja, autorytaryzm. To świat "Jin-Roh", tyle, że ubrany w owczą skórę.
Dlaczego tokijska policja strzela do głodnych ludzi, czyli o polityce i demokracji
W świecie "Jin-Roh" grube szychy myślą, że zamkną usta swym przeciwnikom, wyjmując opozycję spod prawa. Grubo się mylą. Przedtem wykłócano się z nimi w gazetach, telewizji i na wiecach - teraz muszą z nimi walczyć na ulicach. Przedtem można było zaprotestować, pisząc list do gazety albo głosując na opozycję. Teraz można już tylko rzucić bombą w kordon policji. Przedtem terroryści byli terrorystami. Teraz okazują się być bojownikami o jakieś minimum wolności dla szarego człowieka. O to, by można było nie zgodzić się z rządem i nie dostać za to serii w plecy. Krótkowzroczność wydających polecenia tworzy zamknięty krąg eskalacji przemocy. Surowe represje rodzą opór. Opór tworzy jeszcze większe represje. I tak dalej. Czy ktoś pamięta, od czego to się w ogóle zaczęło? Czy gra to jeszcze jakąś rolę?
Czy ludzie "Sekty" są przestępcami? Nie mi o tym rozstrzygać, ale kto inny, jak nie same władze i policja wypchnęły ich na ulice? Czy naprawdę trzeba zabić głodnego człowieka za to, że jest zdesperowany?
Moja opinia na temat bohatera...
Fuse to człowiek o wielu obliczach, szukający swego miejsca na tym świecie. Na pewno jest bardziej wykształcony, niż spodziewalibysmy się po zwykłym policjancie - wystarczy wspomnieć, że zna język niemiecki, umiejętność na Dalekim Wschodzie raczej rzadka. Ciekawiłyby mnie jego dalsze losy. Jednak mam nadzieję, że nie pojawi się część druga filmu. Mimo pewnych niedopowiedzeń, wszystkie wątki zostały na tyle wyeksplowatowane, że byłaby to już w pewnym sensie reanimacja mumii...