
Skąd taki tytuł
Na początku każdego odcinka powiedziane jest, że "Noir" to "nazwa przeznaczenia z zamierzchłej przeszłości, dwie niewiasty władające śmiercią". Mnie takie wyjaśnienie nie zadowoliło, bo skoro serial wziął nazwę od nazwy dwuosobowego zespołu, to skąd ją wziął ten zespół?
n Pierwsze wyjaśnienie, najprostsze, to po prostu nawiązanie do koloru. Czarny traktowany jest w europejskim kregu cywilizacyjnym jako kolor śmierci i żałoby, a że bohaterki amunicji nie żałują, tudzież trup się ściele gęsto, więc i na przywdzianie czarnych szat okazji nie zabrakło.
n Druga możliwość, którą w "Kawaii" przyjęło za obowiązującą, słusznie lub nie, jest nawiązanie do tzw. "film noir", czyli nurtu kryminalnego kina francuskiego lat 30-tych. Nie zaprzeczam, fabuła nawiązuje do niego w sposób częsty, oczywisty i mało subtelny, jednak czy akurat stąd wywodzi się sam tytuł? Oznaczałoby to, że pan Koichi Mashimo (znany z zawiłych adaptacji "Dominion Tank Police") przestał wierzyć w inteligencję widzów i zdecydował się na uproszczoną łopatologię w niespotykanej dla siebie skali...
n Trzecią teorię, moją własną, opieram na ksiażce F. Calvi "Życie codzienne mafii". Pod jej koniec autor wymienia tytuły blisko pięćdziesięciu prac na temat europejskiej przestępczości zorganizowanej, w tym i wydanego dwadzieścia lat temu w Paryżu pamiętnika L. Sciascii "Noir sur noir", w którym autor opisuje działalność francuskich gangów, w tym ich powiązania ze światem polityki. Tytuł, przetłumaczony dosłownie, oznacza "czarno na czarnym". Jest to parafraza zwrotu "czarno na białym", istniejącego także w języku polskim, i oznacza głęboką tajemniczość, zamaskowanie, kamuflaż. Jestem przekonany, że Koichi Mashimo, tworząc serial "NOIR", przeprowadził wcześniej pewne badania tematu działalności francuskich gangów i spotkał się z tym zwrotem językowym. Jeśli to stąd wywodzi się tytuł, należałoby go wtedy rozumieć mniej więcej jako "Podwójna tajemnica". A że o podwójności mowa, zwracam uwagę na ilość bohaterek serialu i definicję "Noir" podawaną w openingu...
Jasiu Malkontent ma głos
O samym serialu pisało już "Kawaii", co nie wprawiło mnie w zachwyt, bo drugi już raz podprowadzono mi temat (przedtem był "Berserk"). Ale nic to, w gruncie rzeczy zwolnili mnie z obowiązku wprowadzania Czytelnika w klimat serialu, pozwalając skupić się na wybranych szczegółach.
Na początku chcę jasno powiedzieć, że serial bardzo mi się podoba, zeszyty do notatek mam wytapetowane małymi podobiznami Mireille i Kiriki, a i na drzwiach do pokoju mam piękną, dużą grafikę z bohaterkami na tle wspaniałej, śródziemnomorskiej przyrody. Jednak wszystko to nie przesłania mojego sceptycyzmu co do sposobu wykonania serialu. Mam dwa główne zastrzeżenia: nie podoba mi się totalna dowolność co do szczegółów oraz kreowanie mylnego wrażenia co do charakteru i atmosfery pracy wykonywanej przez bohaterki.
Mała dbałość o szczegóły
Kilka słów o szczegółach. Nie będę tu wypisywał wszystkich lapsusów, na jakie pozwolił sobie pan Mashimo, bo raz, zabrakłoby miejsca, dwa, oczy każdy ma swoje. Ale wybrałem sobie losowo jeden odcinek, wypadło na piąty, "Les Soldats", i obejrzałem go sobie właśnie pod tym kątem, z długopisem w zębach i notatnikiem w łapach.
Scena pierwsza. Mireille odwiedza znajomego, który ma jej wyjawić sekret organizacji "Soldats". Drzwi są otwarte, zły znak - nie trzeba mieć doktoratu z filozofii, by wpaść na to, że znajomy zwiedza już Krainę Wiecznych Łowów. O inteligencji francuskich policjantów krąży mniej więcej tyle stereotypów, co u nas o naszych (polecam w tej sprawie francuski film "Taxi"), jednak nie wierzę, by nie wiedzieli, co to są odciski palców. Mireille jednak pasjami chwyta każdą klamkę, jaką zdoła dojrzeć.
Nasza Mireille wyjątkowo mało dba o swoje życie, oceniając po jej fryzurze. Oczywiście, zapiera ona dech w piersiach, ale mało uważnych widzów informuję, że przy takiej burzy falujących włosów złocistego koloru sierpniowego zboża jest zawsze wspaniałym celem, zwłaszcza w nocy. W dodatku nigdy ich zresztą nie spina, a każda długowłosa dziewczyna zaświadczy, że wystarczy dwa razy podskoczyć w miejscu, i już fryzurka taka spada na oczy, zasłaniając na przykład tego snajpera, który właśnie ładuje rozpryskowy pocisk do Mausera, tam, na dachu budynku.
Jeśli idzie o ostrożność, zaniedbania idą dalej. Każdy, kto widział film "Leon", do którego obficie nawiązuje artykuł w "Kawaii", pamięta, jak ów ostrożny Włoch postępował z oknami - niech będą jak najmniejsze, a i te od razu zasłonić i nigdy przy nich nie stać. Bohaterki tymczasem mają w swym mieszkaniu okna, niczym główny ekran na staktu kosmicznym USS "Enterprise", pozbawione firanek, przy których pasjami prowadzą rozmowy na każdy temat. Wyżej wspomniany pan z Mauserem miałby używanie. Już nawet wybrałem mu dwa takie fajne miejsca... Podobnie ze strojami. Dziewczyny jadą do katakumb ubrane, jak na wycieczkę, choć wiedzą o czekajacej tam zasadzce. Mireille ma na sobie krótką spódnicę, co obok oczywistych plusów dla widza, dla niej oznacza skrępowane ruchy oraz odsłonięcie nóg, a to z kolei uniemożliwi jej skrycie się w ciemności. Kirika też nie lubi spodni, no i ubrała się w długą, białą bluzę, dającą taki sam efekt, jak fluorescencyjna kamizelka pana z naszej Straży Miejskiej - mimo nocy jest widoczna, jak na dłoni. A propos kamizelek, a może by tak jednak coś kuloodpornego?
To są jednak w gruncie rzeczy detale, których obecność można przełknąć (ośmielam się mówić dziewczynom, jak się ubierać?!). Irytuje mnie też jednak zupełne odrealnienie akcji, gdy dochodzi do strzelanin. Każda z bohaterek ma mały, kieszonkowy pistolet, symbolicznego kalibru, który ze swej natury trafia w cokolwiek tylko przy wystrzeleniu całego magazynka w zatłoczonej windzie. Mimo tego, z odległości pięciuset metrów bohaterki rozwalają dywizję szarżujących goryli. Zwracam uwagę szanownego Czytelnika na opening - jest taka króciutka scena, gdy cały ekran zapełniają biegnący ponurzy faceci, każdy ciężko uzbrojony. A jednak starczą na nich dwa magazynki po osiem pocisków każdy... W odcinku "Soldats", na krytyce którego staram się skupić, Mireille stoi na dziedzińcu kościoła, przed wejściem do katakumb, i celuje w jeńca. Nagle rozlega się kanonada, jak w '16 pod Verdun - to inni "soldaci" namierzyli naszą niezastąpioną Francuzkę, która z powodu swych włosów i bladej cery po prostu nie może się ukryć w ciemności. Oczywiście jednak wszystkie kule trafiają w balustradę po drugiej stronie dziedzińca (bardzo efektowny widok, polecam uwadze), a cała ta ekipa zatwardziałych strzelców wyborowych chwilę potem poluje już na jelenie w Krainie Wiecznych Łowów. Co z tego, że mieli automatyczną broń szturmową przeciw dwóm pistoletom wspomnianej klasy "zatłoczona winda" oraz mieli ciemne, maskujące ich ubrania? Jak pech, to pech...
Na zakończenie, mała uwaga na temat klucza do całego odcinka, butelki whisky, marki "Scapa", na której etykietce zakodowano miejsce ukrycia fotokopii pewnego dokumentu. Otóż na etykietce whisky, której nazwa wyraźnie nawiązuje zresztą do Szkocji (zatoka Scapa Flow, mieści się tam notabene baza marynarki brytyjskiej), widnieje piękny rysunek... ateńskiej galery. Pan Mashimo pomylił szkocką whisky z greckim winem!
Sztuczność klimatu
I jeszcze słów kilka o klimacie serialu. Cokolwiek powiedzieć, bohaterkami jego są płatni zabójcy. Co odcinek ginie legion ludzi; najczęściej są to inni gangsterzy czy płatni zabójcy, ale zdarzają się ofiary wśród ludzi nie związanych z działalnością przestępczą - policjanci, biznesmeni, urzędnicy, emeryci, politycy, sędziowie... Nie podoba mi się to, że najprostszym i najczęstszym rozwiązaniem jest zawsze kula w łeb. Kara śmierci za każde przewinienie. Mashimo nawet na chwilę nie zatrzymał się, by jakoś uzasadnić tę bezwzględność. Gorzej, nadaje temu systemowi powiew romantyzmu i aromat słuszności, którego ja nie trawię i z którym się nie zgadzam. Wszystko to jest dla mnie powrotem do najgłębszych mroków średniowiecza.
Bohaterki traktują problem zabicia kogoś wyłącznie w kategoriach technicznych - kula w serce czy między oczy? Z daleka lepiej tak, z bliska inaczej. Z Beretty lepiej tu, z automatycznego Colta tam. Takie postępowanie uważam za obce człowiekowi, który z natury swojej czuje niechęć do zabicia kogoś innego, i nie identyfikuję się z tym. Jest taki francuski film "Assassins", opowiadający o starzejącym się płatnym zabójcy, szkolącym swych następców. Pierwszy z nich nie jest w stanie zmusić się do zabijania, w kluczowych momentach odzywają się u niego ludzkie instynkty i sumienie. Rozczarowany mistrz pakuje go do piachu, po czym bierze kolejnego ucznia, trzynastolatka (proszę skojarzyć wiek...), bez ukształtowanej jeszcze osobowości. Nowy aplikant wali do każdego, kogo wskaże mu mistrz, jednak nie wytrzymuje samotności, jaka się wiąże z zawodem, szybko traci równowagę umysłową i po publicznej masakrze w szkole, z której go wyrzucono, popełnia samobójstwo. Sam mistrz dogorywa sam, powoli, w domu starców...
Refleksje zabójcy...
"Assassins" poświęcony jest w 75% psychice zabójcy, tematowi, którego "NOIR" prawie w ogóle nie podejmuje, kreując zamiast tego jakąś sztuczną fikcję wrodzonych morderczych instynktów. Znajomy powiedział mi kiedyś, że może Mireille i Kirika po prostu urodziły się do zawodu pozbawionego sumienia zabójcy. W mojej opinii, takim człowiekiem urodzić się nie można. Jeśli jednak jest ktoś taki, naprawdę mu nie zazdroszczę... W mandze "Kurogane" (autorstwa Kei Tome; tłumaczenie własne) bohater, samuraj-najemnik, snuje taką refleksję nad swoim losem: "Wygnano mnie z mojej wioski, moje imię zostało zapomniane. Gdziekolwiek pójdę, zawsze jestem obcy. Nigdzie nie wolno mi zamieszkać. Nikt nie chce mieć ze mną nic wspólnego! Nie zostaje mi więc nic poza włóczęgą. Nie mam ani miejsca, do którego mógłbym wrócić, ani nikogo, kto na mnie by czekał. Któregoś dnia umrę jak jakiś pies, w jakimś nieznanym miejscu.". Równie dobrze mogła to powiedzieć Mireille. Polecam to rozwadze osób oczarowanych romantyką życia najemnika.