Opowiadanie "Tak jest i naprzód" Michał Szczepaniak

Tak jest i naprzód

     I.
     
     - Widzisz te ptaki?
     - Jakie ptaki? - wyrwałem się niechętnie z zamyślenia. Kaolla wskazała trzymanym w ręce wielkim kluczem francuskim na pobliskie drzewo. Siedziało na nim kilka wróbli. Jeden z nich trzymał w dziobie kawał chleba wielkości własnej głowy.
     - Widzę. No i co?
     - Spójrz na tego z okruchem w dziobie. Jest za duży, by ptak mógł go połknąć, ale on i tak go nie wypuści.
     - Co w tym dziwnego? - wzruszyłem ramionami. - Zdobył największy kawałek, bo jest największy i najsprytniejszy. Takie są prawa natury.
     - Naprawdę jest taki sprytny? - spytała Kaolla - Skoro nie może połknąć tego kawałka, a nie chce wypuścić go z dziobu, to czy w końcu nie umrze z głodu?
     
     II.
     
     Kiedyś był to dumny oddział stu najlepszych twardzieli przodującej kompanii z Bawarskiej Lekkiej Brygady. Jeszcze niedawno dziewczyny mdlały, gdy dumnie maszerowali ulicami swego miasta z pieśnią na ustach - wysocy, postawni blondyni w pięknych, zielonych mundurach. Teraz zostało ich trzydziestu, dowodzonych przez zgorzkniałego kapitana, cierpiącego na bezsenność. Jego puste oczy nie kryły w sobie nic i dlatego trochę się tego człowieka bałem. Na niczym mu już nie zależało, zdawał mi się być absolutnie nieprzewidywalnym. Jego kompania straciła dwie trzecie swego składu, szturmując nikomu nie potrzebną, opuszczoną od lat kopalnię wanadu. Partyzanci otoczyli ją teraz i odcięli od reszty zajętego terytorium, zaopatrzenie dowożono więc drogą lotniczą, po znajomości, z bazy Korpusu. A tak się składało, ze z całego naszego szwadronu tylko ja znałem niemiecki.
     - Co to do cholery jest, ten wanad? - Florentino snuł refleksje nad puszką piwa. - Kto o tym czymś słyszał, po co to komu?
     - Wanad to rzadki metal, wykorzystywany w wysoko zaawansowanych technicznie procesach utwardzania lekkich metali - pospieszyła z wyjaśnieniem Naa. Florentino spojrzał na nią ciężko.
     - Pytałem się ciebie o coś?
     - Nie... - zmieszała się Naa.
     - No to po co się odzywasz. A w ogóle co tu robisz? Czy to miejsce dla stażysty? Nie masz nic do roboty? To idź sprawdzić, czy ładunek dobrze przymocowany! - Florentino machnął puszką w stronę drzwi.
     - Ale już sprawdzałam... - tłumaczyła się Naa, patrząc z ukosa na Borbona. Zagłębiony właśnie w pokerze, Borbon był takim samym stażystą jak ona, ale nikt go z baru nie wyrzucał.
     - To idź sprawdź jeszcze raz. I nigdy nie kwestionuj moich rozkazów - Florentino siorbnął z puszki.
     Naa spojrzała smętnie pod nogi i powlekła się w stronę wyjścia.
     - Może jesteś dla niej zbyt surowy? - spytałem, gdy znikła za drzwiami. Florentino skrzywił się i spojrzał na mnie spode łba.
     - A ty nie popuszczasz za bardzo temu lalusiowi? - machnął w stronę Borbona. - Czy to nie sala tylko dla oficerów? Co on tu w ogóle robi?
     - I tak pewnie nic z niego nie będzie - machnąłem ręką. - Niech się nacieszy, nim go nie wyrzucą.
     
     III.
     
     Zasadą jest, że po pełnym kursie pilotażu, każdy świeżo upieczony pilot musi odbyć kilka tygodni służby pod okiem weterana, który ma mu przekazać część swej wiedzy i doświadczenia. Drugim, nieoficjalnym zadaniem było też sprawdzenie psychiki nowych - czy mają w sobie "to coś", co zmienia zwykłego absolwenta kursu w pilota śmigłowca na polu walki. Nie było takiej rubryki w formularzach ocen, ale przychylność "opiekuna" mogła ugruntować dobrą opinię nowego w środowisku - a negatywna zupełnie ją przekreślić.
     Nie wiem, skąd u stażystki Florentino wziął się pseudonim "Naa". Żartowano w barze kasyna, że ktoś się kiedyś spytał, czy będzie z tej dziewczyny dobry pilot, a cała sala zawołała oburzonym chórem: "Naa!". Tak naprawdę był to skrót od jej macedońskiego imienia, ale każdy na wyścigi i przy każdej okazji opowiadał jej na nowo o tym żarcie.
     Jej przeciwieństwem był Borbon, który z kolei latał w stażu ze mną. Był typem nadętego bufona, narwanego wariata i chwalipięty. Nie zrażało mnie to, nadmierny narcyzm to choroba zawodowa pilotów. Myślałem, że może z czasem mu to minie. Borbon oczywiście znał tylko francuski. Naa zaś należała do typu dziewczyn wykształconych, ale dyskretnych. Odzywała się tylko, gdy ją pytano, a pewnemu pijakowi złamała rękę, w dwóch miejscach zresztą, dopiero wtedy, gdy już naprawdę zaczął się do niej dobierać. Nie wiadomo jednak czemu, ale Florentino jej chyba nie lubił. Może chodziło o te dziwaczne uprzedzenia Włochów z południa, którzy kobiety widzą dalej tylko w kuchni, może o to, że mając metr osiemdziesiąt, Naa była od niego nieco wyższa. Nie wiem i tyle, nigdy nie gadałem z nim na takie tematy.
     - Po co się odzywa, skoro wie, że go to wkurza? - spytałem, raczej sam siebie, niż kogoś konkretnego, siedząc pewnego dnia oparty o płozę helikoptera.
     - Może właśnie o to chodzi? - dobiegł mnie spod kadłuba maszyny głos Kaolli. Zastanowiłem się chwilę, szukając w tym ukrytego sensu.
     - Nie rozumiem - poddałem się w końcu. - Gdybym kazał Borbonowi czyścić kible szczoteczką do zębów, ten by się tylko ucieszył, że się może podlizać. A Naa nic nie robi, tylko kopie dołki pod samą sobą. W końcu to Florentino będzie jej wypisywał opinię, nie ona jemu.
     Doszedł mnie stłumiony śmiech, a spod kadłuba maszyny wynurzyła się otwarta ręka.
     - Masz skrzywienie zawodowe i tyle - usłyszałem zaskoczony. - Dla ciebie ludzie dzielą się na pilotów i niepilotów. Nie każdy tak myśli. Dawaj.
     - No dobra, pani Freud, oświeć ciemnego robociarza o ujemnym ilorazie inteligencji - zirytowałem się, wciskając jej w dłoń śrubokręt.
     - Jeśli szukasz łatwych odpowiedzi, to idź pogadaj ze swym majorem - znów usłyszałem stłumiony głos. - Tylko zadawaj mu takie pytania, by mógł odpowiadać "tak" i "nie". A co ona ma zrobić, jeśli ten pingwin Florentino po prostu cały czas siedzi w swej przerębli i w dodatku popija mrożoną herbatę?
     - Mrożoną herbatę? - zdziwiłem się - Przecież tu nawet nie ma lodówki.
     - Wiesz, chyba naprawdę masz ujemny iloraz inteligencji. Chryste, na czym wy w ogóle latacie?! Filtr do paliwa wygląda jak wyciek z ropy z tankowca!
     Nikt tak nie potrafił zmienić tematu jak Kaolla. Doskonale wiedziała, że są dla mnie ważniejsze sprawy niż rozterki Nai - na przykład zatkany filtr od paliwa. W panice wczołgałem się pod kadłub maszyny, by obejrzeć uszkodzony element.
     - Cholera. Na kiedy da się wymienić? - zmartwiłem się.
     
     IV.
     
     Ironią losu było to, że, licząc dwójkę stażystów, mieliśmy teraz dwa zestawy pilotów, ale dalej tylko jeden helikopter. Dlatego wożąc zaopatrzenie do kopalni, zmienialiśmy się za sterami. Ja i Borbon pilotowaliśmy tam, a Florentino i Naa z powrotem.
     - Przejmij - poleciłem Borbonowi.
     - Przejmuję! - ucieszył się Francuz. Puściłem stery i ściągnąłem stopy z pedałów sterujących. Maszyna od razu zaczęła latać stylem Borbona: szybko i nieco nerwowo, ale całkiem sprawnie. Borbon lubił też latać wysoko.
     - Co tam słychać z tyłu? - spytałem przez interkom. W czasie, gdy jedna para siedziała za sterami, druga pilnowała z tyłu ładunku i obsługiwała w razie czego dwa karabiny maszynowe, podwieszone po obu stronach w odsuwanych drzwiach ładowni - nasze jedyne, symboliczne uzbrojenie.
     - Jakoś leci - usłyszałem głos Florentino. - Siedzę właśnie na skrzynce pełnej granatów, niech więc ten wariat uważa, jak leci. To mu tak ręce drżą czy wpadliśmy w jakieś turbulencje?
     Borbon nas doskonale słyszał, ale nie dał się speszyć krytyką. Jednak znów szedł pod chmury.
     - Zejdź niżej, to nie odrzutowiec - poleciłem mu. Borbon posłusznie opuścił dźwignię skoku i pchnął drążek steru do przodu. Silnik stracił sporo obrotów.
     - Za dużo mocy puszczasz. Kazałem zejść niżej, nie lądować - powiedziałem.
     - Jasne - rzucił Borbon i podniósł dźwignę skoku. Maszyna znów poderwała się w górę.
     - Czy ty masz problem z koordynacją ruchów? - spytałem spokojnie - Zejdź niżej, ale nie trać szybkości.
     - Mamy za duży ładunek - usprawiedliwiał się Burbon. - Maszyna nie jest sterowna.
     - Za duży ładunek? - roześmiałem się. - Florentino, słyszysz? Mamy za duży ładunek! Synu, Huey bierze dwa razy tyle i jeszcze rwie jak młode źrebię. Jeśli nie potrafisz zejść niżej bez utraty prędkości, to zrezygnuj z tej cholernej roboty! Podobno barman w kasynie szuka pomocnika!
     
     V.
     
     Ptak jednak intrygował mnie dalej.
     - Pamiętasz tego wróbla? - spytałem Kaolli, gdy badała uważnie coś, co instrukcja nazywa "Przekładnią pośredniczącą śmigła ogonowego (45o)", a co dla mnie wyglądało jak kolanko pod zlewem. - Tego z okruchem?
     - Pamiętam - kiwnęła głową, świecąc małą latarką w głąb osłony ogona maszyny.
     - Faktycznie umarłby z głodu, nie?
     - Pewnie tak. Podaj ten smar.
     Wziąłem pudełko i mówiłem dalej.
     - No to pomyśl, co inne wróble mogłyby dla niego zrobić, jeśli chciałyby mu pomóc?
     Kaolla spojrzała na mnie zdziwiona.
     - Wróble nie mają instynktu stadnego. Nie pomagają sobie.
     - Ale załóżmy, że pomagają - upierałem się.
     Kaolla oparła się o ogon helikoptera i spojrzała mi w oczy, rzucając jakby wyzwanie.
     - No to mi powiedz, jak mogłyby mu pomóc inne wróble.
     - Mogłyby sprawić, by nie cierpiał. Skoro i tak umrze, niech to będzie śmierć szybka i bezbolesna.
     Oczy Kaolli stały się odrobinę większe z zaskoczenia.
     - Miałyby mu pomóc, zadziobując go?!
     - Skoro i tak ma umrzeć, to...
     Kaolla wyjęła mi pudełko smaru z ręki i odwróciła się.
     - Idź sobie. Nie chce mi się już dziś z tobą rozmawiać.
     Byłem naprawdę zaskoczony. Przecież ja tylko temu wróblowi chciałem pomóc.
     
     VI.
     
     Kopalnia zajmowała jakiś kilometr kwadratowy zabudowanego terenu na dnie malutkiej kotliny, ale kapitan miał teraz pod bronią tylko dwudziestu kilku ludzi plus paru rannych, więc umocniono jedynie rejon przy samych zejściach do podziemnych sztolni, które pełniły teraz rolę schronów i magazynów, a także szpitala polowego. Za każdym razem, gdy zrzucaliśmy zaopatrzenie dla tych niedobitków kompanii, braliśmy kilku rannych, by podrzucić ich do szpitala Korpusu. Lekarz Bawarczyków dawno zginął. Zresztą, jak prowadzić operację zszywania rozerwanych kulą jelit w brudnych podziemiach kopalni?
     Kapitan patrzył swym pustym wzrokiem na skrzynki z amunicją, które jego ludzie wyciągali z ładowni naszego Hueya.
     - Kiedy dotrą posiłki? - spytał mnie. Rozmowa z nim zawsze była dla mnie niezręczna, czułem się, jakbym mówił do kogoś, kto już nie żyje.
     - Dobrze wiesz, że nie dotrą - powiedziałem. - To stracona pozycja o zerowym znaczeniu strategicznym. Nikomu na niej nie zależy, może oprócz ciebie. Cholera jasna - zdenerwowałem się - czemu po prostu nie dasz rozkazu ewakuacji? Przerzucilibyśmy was do naszej bazy w dwóch turach. Pięć, osiem godzin, i grzalibyście wszyscy swe niemieckie dupy w barze przy piwie. Kiedy ostatnio piłeś piwo?
     Kapitan patrzył wokoło swym pustym wzrokiem. Wskazał ręką jeden z budynków.
     - Tam zginął Dietrich. Pocisk urwał mu rękę w barku, wykrwawił się na śmierć, bo rana była za duża, by ją opatrzyć.
     Obrócił się wokoło.
     -Tam mieli gniazdo cekaemów i siedem pojemników z amunicją. Wyobrażasz sobie? - spytał się przestrzeni wokół siebie - Siedem tysięcy sztuk amunicji na stu ludzi. Po siedemdziesiąt na każdego z nas. Drugie tyle mieli w gnieździe po drugiej stronie.
     - Nie pomożesz już martwym - powiedziałem - Ratuj żywych, póki jeszcze jacyś są.
     Kapitan pokręcił głową.
     - Jestem im to winny. Co im powiem, gdy do nich dołączę? Że zginęli na próżno? Że po kilku dniach i tak uciekliśmy z tej dziury?
     Kapitan wyciągnął z kieszeni pogniecioną paczkę papierosów. Ręce miał dalej pewne i silne, wcale mu nie drżały. Zaciągnął się.
     - Wiesz, że Dietrich pisał wiersze? - spytał. - Nigdy tego nie rozumiałem. Ale podobno były niezłe...
     Po chwili ożywił się na chwilę.
     - A, właśnie, miałem się spytać. Kiedy wreszcie dowieziecie jakieś posiłki?
     
     VII.
     
     Gdy Naa szykowała maszynę do lotu, wąski plac między budynkami otoczyła grupka mężczyzn o sczerniałych, zniszczonych twarzach. Patrzyli na nas, zazdrościli nam, że my wracamy do bezpiecznej bazy, a oni zostają, by zginąć. Zazdrościli rannym, upchanym w kabinie ładunkowej, tego, że oni za kilka godzin trafią do czystego szpitala, gdzie nie ma pasożytów ani głodu, gdzie snajper nie odstrzeli ci głowy, gdy tylko ściągniesz hełm, by otrzeć pot z czoła. Ale ich zazdrość była też zrezygnowana. Oni też byli już jakby martwi. Nie było w nich rozpaczy.
     Rozpacz widziałem tylko w oczach jedynego oficera poza kapitanem, jaki przeżył. Porucznik Walters chciał żyć. Nie mógł pogodzić się, że tutaj skończy się jego trzydziestoletnie życie. Ale bardziej niż śmierci bał się chyba swej chęci życia. Nigdy nie zasugerował odwrotu. Nie chciał umrzeć, ale nie znał życia poza tą grupą obdartych straceńców.
     - Co nowego tam na dole? - spytał mnie Florentino, gdy Naa rozgrzewała silnik. - Zmądrzeli już, czy dalej chcą tu skończyć?
     - Po staremu... - powiedziałem zniechęcony do mikrofonu interkomu, opierając się o ścianę ładowni. Koło mnie leżał wykrwawiony do nieprzytomności żołnierz z urwaną nad kolanem nogą. Miał może dwadzieścia dwa lata. Przypomniałem sobie zazdrość w oczach pozostawionych w kopali Bawarczyków. Szczęście to sprawa bardzo względna.
     - Wiesz, co mnie intryguje? Czemu on mówi o swym synu, jakby był to jeden ze zwykłych żołnierzy.
     - Poważnie? - zdziwił się uprzejmie Florentino, odgadując, o kim mówię.
     - Ani razu nie nazwał go synem, ciągle mówi mu po imieniu, jak o innych swych ludziach.
     - Może czuje, że byłoby to niesprawiedliwe, faworyzować go wobec innych? W końcu wszyscy ginęli tak samo - usłyszałem głos Nai.
     - A ciebie kto się pytał o zdanie?! Czemu jeszcze nie jesteśmy w powietrzu? - Florentino natychmiast się jej przyczepił.
     - Mamy obciążenie, muszę poczekać, aż obroty się zwię...
     - Bzdury gadasz, zupełnie jak Borbon! - przerwał jej Florentino. - Wystartuj z rozbiegu!
     Helikoptery startują pionowo tylko wtedy, gdy nie są zbyt obciążone. W razie dużego ładunku muszą jednak mieć trochę pasa startowego by nabrać prędkości poziomej, jak zwykłe samoloty.
     Problem był w tym, że przed nami znajdowała się ściana. Naa musiała teraz patrzeć na nią w panice.
     - Star-tuj-z-roz-bie-gu! - sylabizował Florentino. Widziałem oczami wyobraźni, jak Naa patrzy się na niego w panice i niepewności. Po chwili maszyna nabrała życia - rozpoznałem fachową dłoń Włocha, który przejął stery. Huey podskoczył w górę i obrócił się o kilkanaście stopni. Ponownie podskoczył. I już stał przodem ku luce między budynkami kopalni. Obroty były teraz naprawdę wysokie. Maszyna poderwała się ciężko i sunąc kilka centymetrów nad ziemią zaczęła posuwać się do przodu. Rozbieg to niebezpieczny manewr, bo jeśli helikopter otarłby się teraz płozami o ziemię, nierówno rozłożone tarcie podłoża mogłoby go przewrócić w bok lub do przodu.
     Ale Florentino nie takie rzeczy już robił. Po stu metrach rozbiegu helikopter przeskoczył zwinnie ogrodzenie, a po dalszych dwustu miał już tyle mocy, że poszybował w chmury.
     - Przejmujesz - usłyszałem głos Florentino. Nie wyrażał potępienia, nie wyrażał niczego. Po prostu obojętność.
     - Prze... Przejmuję - usłyszałem przerażony głos Nai.
     - Ale idiotka... - zaśmiał się Borbon. Oczywiście, wszyscy to usłyszeli. Wyciągnąłem jego wtyczkę z gniazda i walnąłem go otwartą dłonią w tył hełmu. Hełm ma doskonałą akustykę, każde stuknięcie nabiera w nim siły eksplozji.
     - Zamknij się - powiedziałem do niego, choć i tak nie mógł mnie teraz słyszeć. Gdy wyszedł już z lekkiego ogłuszenia, znów wepchnąłem wtyczkę w gniazdko. Florentino się nie odezwał.

Strona główna     Dalszy ciąg