Opowiadanie "Tak jest i naprzód"
Michał Szczepaniak
Tak jest i naprzód c.d.
VIII.
- Może Naa miała rację? - spytała Kaolla, gdy po kilku dniach jej o tym opowiadałem, podając po kolei śrubokręty, gdy wymieniała wyczerpany akumulator. Cały czas pilnowałem się, by nie wspominać o wróblach.
- Może - kiwnąłem głową. - No to po co brał ze sobą syna na wojnę? To nawet nie była jego wojna... Co tu w ogóle robią Bawarczycy? Bawaria jest dwadzieścia tysięcy kilometrów stąd!
- Twój kraj jest jeszcze dalej. Co ty tu robisz?
Machnąłem ręką.
- Ja to co innego, siedzę w tym od początku. Nie mam już swego kraju, nic mnie z nim nie wiąże. Ale Dietrich...
- Romantyka munduru, walka o zachodnią cywilizację, obrona przed barbarzyństwem południa. Wiesz jak łatwo porwać poetę pustymi hasłami. Intelektualiści zawsze byli zagrożonym gatunkiem.
- Co minutę rodzi się frajer. Poezja nie leczy z głupoty.
- "Tak jest i naprzód" - powiedziała Kaolla, dokręcając kable instalacji do ściany.
- Hm? - zdziwiłem się.
- "Naprzód, Lekka Brygado! Czy żołnierz się boi? Nie, i choć wie, że błąd zrobił ktoś, nie wolno mu nic mówić, o nic pytać. Rozkaz wykonać musi. Choćby przyszło lec." - wyrecytowała Kaolla po cichu, po czym wyrwała mi klucz nasadkowy z ręki. - To, że dokręcam tu wam kable, nie oznacza, że jestem zwykłym robociarzem. Za to ty miałeś mi podać dziewiątkę. To jest jedenastka.
Siedziałem bez ruchu, patrząc się na nią zdziwiony. Kaolla otarła nos o rękaw i spojrzała na mnie.
- No to jak, dostanę dziewiątkę, czy mam sama po nią pójść?
IX.
W gruncie rzeczy o Kaolli nic nie wiedziałem. Po prostu pewnego dnia wkurzyłem się, poszedłem do majora i wyłożyłem mu dobitnie, że piloci nie są od serwisowania swych maszyn i że naprawdę fajnie byłoby, gdybym w końcu dostał jakiegoś mechanika, bo inaczej niedługo sam będzie sobie przywoził nowe spinacze do papierów. Major wyrzucił mnie za drzwi, ale następnego dnia, gdy drugą już dobę męczyliśmy się z Florentino nad enigmatycznymi schematami wymiany czegoś, co instrukcja nazywała "poziomym wałem transmisyjnym przełożenia pomocniczej jednostki napędowej", do hangaru weszła niska, chuda dziewczyna o złotych włosach i jasnych, głębokich oczach, potykając się niemal o obwisły kombinezon mechanika Korpusu, pozbawiony jednak dystynkcji - musiała być więc cywilem na kontrakcie. Kaolla przedstawiła się tylko tym swoim dziwnym imieniem, wyrwała nam z ręki schematy i posłała do diabła. Właśnie mieliśmy biec do majora ze skargą, że nam jakąś głupią babę przysłał, ale nie zdążyliśmy nawet zebrać konkretnych myśli, bo w kwadrans przełożenie działało jak należy. Florentino usiadł z wrażenia, a ja zaniemówiłem. Niemal siłą zabraliśmy ją do kasyna oficerskiego, wmusiliśmy w nią stek i piwo i skopaliśmy trzech pierwszych gości, którzy się do niej przystawiali, tak dla przykładu, by inni wiedzieli, że łapy przy sobie. Każdy pilot w końcu wie, że o dobrego mechanika trzeba dbać jak o swój fundusz emerytalny.
Nie było to w sumie nic osobistego. To jak woskowanie swego samochodu - dbasz o niego, bo ci się przydaje. Florentino szybko zapomniał nawet jej dziwnego imienia, mówił o niej po prostu "mechanik". Mnie zaś nowy przybytek nawet trochę irytował, bo lubiłem sobie posiedzieć w hangarze i pogapić się w niebo, tak bez potykania się o innych, bez nieustannego hałasu i szarpaniny. A teraz hangar stał się królestwem Kaolli, która szybko urządziła go na swój sposób, zupełnie inny od mojego. Wydzieliła sobie nawet ściankami z tektury małe pomieszczenie, gdzie spała i trzymała kilka swoich osobistych rzeczy.
Hangarem udało się nam jednak w końcu jakoś podzielić, najpierw na zasadzie zbrojnej neutralności, potem zaś pokojowej koegzystencji. Gdy Kaolla grzebała w silniku - rozkręcała panel sterowania - siedziałem obok, podawałem narzędzia i gadałem ni to do siebie, ni to do niej.
W ogóle zaskoczyło mnie to, że właściwie cały czas coś było przy moim helikopterze do zrobienia. Wcześniej wystarczyło, że z Florentino raz na dwa dni zajrzeliśmy pod blachę i dolaliśmy trochę benzolu do baku. A teraz tak średnio w sumie przez godzinę-dwie dziennie siedziałem i podawałem śrubokręty. I mówiłem o kapitanie, o Nai, o Florentino, o pułkowniku... Ale to była jakby rozmowa z samym sobą.
Po tym jednak, jak Kaolla wyrecytowała mi dziewiętnastowieczny poemat, skierowałem się prosto do baraku naszego dowództwa, obiecałem postawić starszemu sierżantowi sztabowemu dwa piwa, jeśli nic nie będzie widział i usiadłem sobie przed szafką z teczkami personalnymi personelu naszej bazy.
I nie wiedziałem, co robić dalej. Nie znałem nazwiska Kaolli, a i to imię mogło być zwykłym pseudonimem. Co teraz? Przejrzeć wszystkie teczki? Baza nie była duża, ale i tak było u nas ponad cztery tysiące ludzi.
Wróciłem do sierżanta, obiecałem kolejne dwa piwa, po czym chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do kwater młodszej kadry. Odebrał Borbon, kazałem mu więc poszukać Nai i to tak w podskokach. Po kilku minutach usłyszałem jej głos.
- Wiesz, gdzie serwisują nasz wiatrak? - spytałem.
- Wiem.
- A wiesz, kto go serwisuje? - podchwytliwe pytanie.
Chwila milczenia.
- Nie, raczej nie.
Cholera. No to plan awaryjny.
- No to jak to? Nie zależy ci na życiu? - spytałem z oburzeniem. - O mechanika trzeba dbać. Jak o fundusz emerytalny. Twoje zadanie na teraz to dowiedzieć się czegoś o facecie, który trzyma nasze cenne życia w swych włochatych łapach. Na przykład jego nazwiska.
- Ale, o ile sobie przypominam, mechanikiem jest jakaś dziewczyna... - usłyszałem wahanie w głosie.
- Poważnie? - zdziwiłem się - No to masz dobry punkt zaczepienia. Oczekuję raportu za godzinkę, dwie. Dzwoń pod ten numer. - podałem namiary na telefon w sztabie.
- Mam wziąć ze sobą Borbona?
- Nie, lepiej nie - powiedziałem niedbale. On jest na to za głupi, dodałem w myśli.
Odłożyłem słuchawkę i spojrzałem zamyślony na sierżanta. Był nim stary wyga, przyzwyczajony do różnych dziwactw oficerów.
- "Tak jest i naprzód" - powiedziałem do siebie.
- Tołstoj. Wojna i pokój - wyszczerzył się sierżant i sięgnął do szuflady. - To jak, słyszałem, że masz godzinkę, dwie czasu. Może zagramy? - niedbałym, ale fachowym ruchem przetasował talię wytartych kart.
X.
Dziewięćdziesiąt minut i dziesięć przegranych piw później oddzwoniła Naa. Zapisałem nieznane mi dotąd nazwisko i imię, po czym, ku niezadowoleniu sierżanta, przerwałem grę i sięgnąłem po odpowiednią teczkę. Nawet nie była zbyt gruba. Otworzyłem ją, zamknąłem, znów otworzyłem, znów zamknąłem. Patrzyłem chwilę na żółtą okładkę. Wrzuciłem teczkę z powrotem do szafy i wyszedłem ze sztabu.
- Nie zapomnij, mam u ciebie czternaście piw! - przypomniał mi krzykiem sierżant.
XI.
Nad wejściem do hangaru wisiał kiedyś zegar. Teraz została tylko roztrzaskana tarcza i powykręcane wskazówki. Przed bramą siedziała na ziemi Kaolla i wpatrywała się w tarczę. Wewnątrz hangaru majaczył w półmroku cień Hueya.
Stanąłem i spojrzałem na zegar. Resztki szkła pokryte były błotem i kurzem. Nie odzywałem się.
- Patrz - Kaolla wskazała po chwili zegar. - Czas stanął w miejscu.
- Upływa równie szybko, jak zawsze - zaprzeczyłem. Kaolla oderwała wzrok od tarczy i spojrzała na mnie.
- Tempora mutantor, nos et mutamur il illis. Chciałbyś móc zatrzymać czas? - spytała. Zastanowiłem się chwilę.
- Nie. Tak - poprawiłem się - Czasem tak. Gdy lecę, a z dołu strzelają do mnie. Chciałbym wtedy móc minąć wiszące w powietrzu kule i daleko odlecieć. A potem czas znów by zaczął biec, ale kule robiłyby tylko dziury w chmurach.
Kaolla milczała, znów patrząc na wiszące pozostałości zegara.
- Chciałbym zatrzymać czas, gdy Dietrichowi pocisk odrywał rękę. Ranę można zaszyć, widziałem gorzej rannych, którzy przeżyli. Ale wtedy znów bym włączył czas. By Dietrich mógł pisać swe wiersze drugą ręką.
Usiadłem na ziemi koło Kaolli.
- Czas to nasz przyjaciel. Czas pozwala nam uciec od przeszłości. Spójrz wokół - zatoczyłem ręką koło - Ziemia zryta gąsienicami czołgów, drzewa poszarpane podmuchem śmigieł helikopterów. Chłopaki z nudów powystrzelali wszystkie wiewiórki w okolicy. Ale to minie. Upłynie trochę czasu i znów wyrośnie tu trawa, drzewa wypuszczą liście...
- A wiewiórek będzie tyle, co wcześniej? - Kaolla wreszcie się uśmiechnęła.
- Jasne. A nawet więcej.
Ostatnie promienie słońca chowały się za korony drzew. W półmroku błyszczały jasno oświetlone okna baraków. Oazy bezpieczeństwa i rozrywki w tym ponurym i utopionym we własnej krwi kraju. Pomyślałem o kapitanie i jego ludziach. Kiedy zginą? Jutro? Za miesiąc? Może już nie żyją?
- Na co zbierasz swoje pieniądze? - spytałem nagle.
- Jakie pieniądze?
- Dostajesz pensję, jak każdy mechanik w bazie. Ale jej nie wydajesz. Pierwszy i ostatni raz byłaś w kasynie oficerskim, gdy zabraliśmy cię tam pierwszego dnia razem z Florentino. Mieszkasz za tekturową ścianką w hangarze, choć za grosze możesz wziąć pokój w kwaterach kadry. Nawet nie wiem, co jesz, bo nigdy nie widziałem cię w czasie posiłku. Ale aż się boję pomyśleć... No więc? Chcesz kupić połowę tego straconego kraju?
Kaolla oderwała oczy od zegara i spojrzała w niebo. Pojawiały się właśnie pierwsze gwiazdy.
- Krzyż Południa - wskazała. Spojrzałem w górę, ale świecące punkciki nic mi nie mówiły. Od nawigacji miałem żyrokompas, a od światła reflektor.
- Tu gwiazdy są zupełnie inne... - mówiła powoli Kaolla - Inaczej świecą.
Inaczej niż gdzie, zaciekawiło mnie. Cholera, mógłbym przynajmniej sprawdzić kraj pochodzenia, zanim schowałem tę głupią teczkę.
Kaolla po chwili milczenia dodała.
- Krzyż Południa wygląda, jakby celował we mnie. Boję się go.
Szybko ponownie przejrzałem całe niebo szukając czegokolwiek, co przypominać by mogło jakąś broń. Niczego nie znalazłem, ale dalej się nie odzywałem. Po chwili milczenia Kaolla oderwała wzrok od nieba i spojrzała na mnie.
- Chcę wrócić do domu. Tam, gdzie z nieba nic we mnie nie mierzy. Może starczy mi pieniędzy na powrót do domu. Właśnie to jest moim celem. Chcę wrócić na północ.
- Mówią, że wojna się kończy - powiedziałem z wahaniem. - Cywile znów będą mogli podróżować.
- Mówią tak od lat - machnęła ręką. Po czym znów się do mnie odwróciła. - A nawet jak się skończy, to co, ucieszy cię to? Co się stanie z wami? Co będziecie robili wy, którzy nie znacie życia poza wojną? Ile miałeś lat, gdy się zaczęła? Dwadzieścia? Skąd wiesz, że nie staniesz się taki, jak tamten kapitan?
- Miałem siedemnaście... - poprawiłem ją machinalnie. - Faktycznie, mnóstwo czasu...
Zastanowiłem się chwilę.
- Ale taki, jak kapitan, nigdy nie będę.
- Dlaczego? - zdziwiła się Kaolla.
- Kapitan stracił na wojnie wszystko, co było mu bliskie. Swego syna, prawie cały swój oddział. Oderwano mu więc jakby ogromną część samego siebie. Jest śmiertelnie okaleczony. Ja się różnię od niego tym, że mnie tak okaleczyć nie można.
- Nie można?
- Nie. Bo nie mam niczego, co jest mi bliskie. Ani mi na nikim nie zależy, ani nikomu na mnie. Nie mam więc co tracić. Nie ma mnie jak okaleczyć - roześmiałem się - Jestem jakby nieśmiertelny.
Kaolla tez się roześmiała.
- Faktycznie masz chyba ten ujemny iloraz inteligencji. W życiu nie słyszałam czegoś tak głupiego.
Poczułem się, jakby uderzony obuchem. Całą resztę wieczoru szukałem luki w mym rozumowaniu, ale nie mogłem jej znaleźć. Zupełnie, jak z tymi głupimi wróblami. No bo jak, cholera jasna, biedak miałby się tak bez końca męczyć?
XII.
Majorowi czasem zachciewało się zorganizować nocny lot do kopalni, a lecieli oczywiście jego nadworni Murzyni plus ich nieszczęśni stażyści.
Gdy Kaolla dokonywała ostatniego błyskawicznego przeglądu maszyny, nie było już po niej widać ani odrobiny tej zadumy, w jakiej przyłapałem ją kilka godzin wcześniej. Gdy wyciągnięto naszego Hueya z hangaru, fachowo i czujnie zajrzała wszędzie, gdzie trzeba, po czym zakręciła ręką nad głową. Teraz była kolej Florentino na lot tam, a moja na powrót. Maszyna wisiała już w powietrzu, a ja dalej szarpałem się z drzwiami ładowni, starając się je domknąć, gdy Kaolla niespodziewanie mi pomachała. Zastanawiałem się, czy odmachać, ale natychmiast włączył się Florentino.
- Coś się stało? - spytał z niepokojem - Nasz mechanik chyba machał. W ładowni gra? Nic nie wypadło? Tylko mi nie mówcie, że to cholerne tylnie śmigło znów nawala!
- Jasne, przecież tu jestem i wszystkiego pilnuję! - zawołał wesoło Borbon.
- Może to machanie to tak na szczęście? - podsunęła Naa.
- Na szczęście? - zdziwił się Florentino - Na jakie szczęście? A tak w ogóle to co to jest, jakiś klub dyskusyjny? Pytałem się Moriarty'ego! Nie odzywać się!
- Cholera, Borbon, rusz dupę i pomóż zamknąć te cholerne drzwi! - wreszcie się zdenerwowałem na wszystkich w około. - Jeszcze naprawdę jakaś skrzynia wyleci!
- Ale to tylnie śmigło może faktycznie trzeba by było kiedyś wymienić... - myślał na głos Florentino.
XIII.
Dosyć często lataliśmy nocą, bo tak było niby bezpieczniej. Jednak wtedy partyzanci mieli albo jakieś święto, albo przyszła dostawa amunicji, bo walili w każdą zbyt ruchliwą chmurkę z naprawdę grubej rury. Pechowo, ostrzał złapał nas w krzyżowy ogień tuż nad kopalnią, gdy lądujący Florentino nie miał już mocy w silnikach, by natychmiast poderwać maszynę. Mógł albo powoli poderwać ją w górę, albo zrzucić ją nagle na ziemię. Wybrał to pierwsze, wiedząc, że mamy na pokładzie niemal tonę materiałów wybuchowych, nader wrażliwych na wstrząsy.
Smugowe pociski przeciwlotnicze wyglądają fascynująco. W mroku nocy, gdzieś na dole, pojawia się błysk. Po chwili powoli zaczyna sunąć przez ciemność smuga światła, za nią następna, i jeszcze następna. Wydaje się, że lecą naprawdę powoli, jak ociężałe świecące owady. Że są zupełnie nieszkodliwe.
Wrażenie to jest jak najbardziej mylne. Huey nie jest opancerzony, z wyjątkiem oparcia fotela pilotów. Od przodu ma właściwie tylko trochę blachy i sporo pleksiglasu, który nie zatrzyma pocisku karabinu przeciwlotniczego. A w ładowni to już w ogóle było się jak na widelcu.
Florentino natychmiast wyłączył podświetlenie wskaźników na pulpicie i leciał teraz wyłącznie na wyczucie. Ja odepchnąłem Borbona od podwieszonego karabinu maszynowego. Jeśli nas nie będą widzieli, będą strzelać na oślep, czyli niecelnie. Hałas silnika jest na tyle silny, że rozchodzi się równomiernie i nie da się na jego podstawie namierzyć konkretnego kierunku.
Pociski szły nisko pod nami. Widocznie strzelcy założyli, że będziemy jednak próbowali lądować. Florentino podnosił maszynę, uciekając przed coraz wyżej lecącymi smugami pocisków. Nagle wycie silnika straciło na swej wysokości - to Florentino, gdy zobaczył, że ma już miejsce do wyhamowania spadku maszyny, opuścił gwałtownie dźwignę skoku i zdusił dopływ paliwa do silnika. Runęliśmy w dół, błyskawicznie mijając smugi pocisków, które teraz błyszczały nad nami. Silnik znów zawył. Spadek stał się wolniejszy i kontrolowany. Maszyna uderzyła o ziemię, dokładnie w sam środek lądowiska kopalni. W czasie, gdy Bawarczycy nie żałowali partyzantom odpowiedzi ogniowej, by nakłonić ich do dania już sobie spokoju na tę noc, ja wybiegłem z ładowni i rzuciłem się do kabiny pilotów z gratulacjami dla geniuszu pilotażowego Włocha. Błyskawicznie przeskoczyć strumień ognia poprzez kontrolowany spadek - cholera, na to naprawdę trzeba było wpaść.
Otworzyłem drzwi kabiny od prawej, od strony fotela pierwszego pilota. Florentino zwisał do przodu, z opuszczoną głową. Gdyby nie przytrzymywały go pasy, wyleciałby z kabiny po otwarciu drzwi. Musiał dostać, gdy przeskakiwał strumień ognia przy lądowaniu.
Wskoczyłem do ciasnej kabiny i zacząłem ostrożnie odpinać Włocha od fotela.
- Idź po Borbona! - poleciłem oniemiałej Naice, wpatrującej się szeroko otwartymi oczyma w zalaną krwią twarz Florentino. - Ruszaj się, do cholery! - krzyknąłem jej prosto w twarz, by ją wyrwać z letargu.
Z pomocą młodego Francuza i kilku Bawarczyków wynieśliśmy Florentino z maszyny i położyliśmy na dostarczonych nam noszach. Porucznik Walters wskazał nam drogę do prowizorycznego szpitala, ukrytego przed ostrzałem w sztolni kopalni.
XIV.
- Bardzo z nim źle? - pytał się z niepokojem major. Nie żeby jakoś specjalnie lubił Florentino, ale był on dokładnie połową jego kadry pilotów helikopterów, więc wypadało wyrazić zaniepokojenie, bo w razie czego kto będzie dowoził spinacze do biura?
Pytanie to zdawało się również nurtować Naikę, która przedarła się niczym lodołamacz przez kordon wart do biura pustookiego kapitana, gdzie znajdowało się jedyne działające tu radio, przez które rozmawiałem teraz z bazą.
- Dostał dwa razy w pierś i raz w głowę.
- O, kurwa - odpowiedział opanowany głos majora. - Ale miał przecież hełm i kamizelkę, nie?
- Miał, jasne, i dlatego nie mówię jeszcze o nim w czasie przeszłym - zdobyłem się na nieco ironii. - Ale strzelali do nas z wielkokalibrowych przeciwlotniczych karabinów maszynowych, nie z wiatrówek. Pleksiglas osłony kabiny i kamizelka osłabiły siłę pocisków na tyle, że nie wyrwały mu pleców, ale i tak niektóre odłamki przeszły przez pierś na wylot.
- A co z głową?
- Florentino to farciarz, dostał z boku i od dołu, i tylko raz - raportowałem wynik swych oględzin pseudolekarskich - Kula naruszyła kość czaszki, ale nie weszła w głąb.
- Czyli jak, nie ma o czym mówić? Wszystko z nim w porządku? - zdziwił się major. Westchnąłem w duchu - pora na pesymistyczną część.
- Musi jak najszybciej trafić na stół. Stracił mnóstwo krwi, a postrzał w pierś mógł naruszyć organy wewnętrzne. W dodatku nie wiem, czy nie trzeba by fachowo usztywnić karku. Ta kula w głowę przeszła chyba gdzieś bardzo blisko nasady kręgosłupa.
- No to jak robimy? - spytał się major. W Korpusie starsi oficerowie nie krępowali się pytać o radę, jeśli nie mieli pełnego rozeznania w sytuacji.
- Myślę, że wrócę sam do bazy, zabiorę lekarza, przylecę tu z nim, wpakujemy Florentino na pokład, jak trzeba, i za cztery godzinki facet byłby już pod skalpelem. Może być?
- Jasne. Tylko się nie rozbij, teraz jesteś jedynym moim pilotem na jedynym helikopterze. A lekarzy też nie mam w nadmiarze.
- Jasne, majorze. W końcu trzeba dbać o helikopter.
Chyba i tak nie wychwycił ironii.
XV.
Gdy ja zajmowałem się Florentino, Bawarczycy zdążyli wyładować już zaopatrzenie z Hueya.
- Teraz, gdy jesteśmy bez ładunku, powrót powinien nam zająć mało czasu - mówiła z nadzieją Naa. Usłyszał to Borbon, który właśnie wrócił z płyty lądowiska.
- W ogóle nam nie zajmie - zaprzeczył. - Maszyna nigdzie nie poleci aż do rana.
- Jak to nie? - zaniepokoiłem się.
- Normalnie nie. W czasie ostrzału poszło nie tylko radio, ale także cała cholerna nawigacja. Żyrokompas w drzazgach - Borbon rzucił się na fotel i rozejrzał za odrobiną wody. Był cały pokryty olejem, ziemią i smarem, widocznie zaglądał pod blachę maszyny. - Oderwiemy się od ziemi, ale za cholerę ani nie znajdziemy bazy, ani tu nie wrócimy, bo nie znajdziemy po ciemku drogi.
- Będziemy się orientować według topografii. Oświetlimy teren! - powiedziała zaniepokojona Naa.
- Wystarczyłoby zapalić w powietrzu papierosa, a partyzanci nas natychmiast zestrzelą. Światło widać na kilometry.
Zapadło grobowe milczenie. Florentino mógł nie wytrzymać do świtu.
Porucznik Walters przysłuchiwał się naszej rozmowie z pewnej odległości. Nie przeszkadzało mi to, nie wpadłbym na to, że facet zna francuski. Teraz jednak Niemiec podszedł do mnie i powiedział po niemiecku:
- Brakuje wam części zamiennych?
- Pan zna francuski? - zdziwiłem się. Mówiono mi, że Bawarczycy zawsze żądali kogoś biegłego w niemieckim, wydawało mi się więc, że nie znają języków.
- Jestem z Lotaryngii, mój ojciec był pół-Francuzem - wyjaśnił Walters.
- Tak, mamy rozbite radio i żyroskop. Bez nich nie jesteśmy w stanie nawigować w ciemności. Nie znajdziemy drogi ani do bazy, ani powrotnej tutaj - wyjaśniłem.
- No to może weźmiecie sobie od nas trochę części zamiennych?
- Macie jakiś magazyn? - poderwałem się z miejsca. Borbon podniósł z zainteresowaniem wzrok, a Naa była już w drodze do drzwi.
- Nie, magazynu nie mamy, ale tu w jakiejś budzie jest jeszcze jeden helikopter, podobny do tego, jakim latacie. Kiedyś musiał należeć do władz kopalni. Kapitan mówił, że nie jest już w stanie się podnieść, ale może znajdziecie te kawałki, których potrzebujecie.
- Prowadź, wodzu! - popchnąłem Waltersa w stronę drzwi.
XVI.
W pustej, drewnianej szopie stał nowiutki UH-1D pomalowany w wesołe, krzykliwe kolory kompanii górniczej.
- Taki sam jak nasz! - ucieszyła się Naa, wspinając się do kabiny z zestawem narzędzi.
- Wcale nie taki sam. To wersja cywilna. W dodatku produkcja kanadyjska, na licencji - kręcił nosem Borbon.
- Chrzanić to - odparłem. - Wersja cywilna różni się tylko brakiem uzbrojenia i nieco słabszym silnikiem.
- Właśnie. A to nie silnik będziemy wymontowywać - Naa natychmiast zabrała się za odkręcanie osłony pulpitu. Nic chciałem jej przeszkadzać, więc nie właziłem do ciasnej kabiny za nią. Obszedłem za to powoli maszynę, zajrzałem do ładowni, postukałem w akumulator i rozhuśtałem łopatę wirnika. Rzuciłem też z Borbonem okiem pod blachę osłony silnika. Maszyna była w doskonałym stanie.
- Więc wasz kapitan mówił, że nie poleci? - spytałem się Waltersa. Ten pokiwał głową. - A czemu nie? Chyba wszystko gra.
- Nie wiem. Moje szkolenie obejmowało walkę i dowodzenie piechotą, nie pilotaż - Walters wzruszył ramionami. - Ale skoro kapitan tak mówił, to musi mieć rację.
Wszedłem do kabiny, gdzie Naa zawzięcie wykręcała mechanizm żyroskopu z panelu.
- Zaczekaj - poleciłem jej. Przejechałem palcami po sterach i przełącznikach. Wszystko było na swoim miejscu. Chwyciłem drążek sterowy i poruszyłem nim.
- Heeej! Kto się tam bawi sterami! - wydarł się Borbon, którego zostawiłem na dachu i którego ruch wirnika spychał z kadłuba. Ignorując go, wcisnąłem przycisk na drążku i otworzyłem przepustnicę. Pulpit momentalnie pokrył się światełkami niczym choinka. Zawarczał rozrusznik silnika, przełączonego na jałowy bieg. Zaskoczona Naa wypuściła z ręki śrubokręt.
- To świństwo działa! - zawołałem zdziwiony. Spojrzałem na wskaźniki. Akumulator i olej były w porządku, przydałoby się tylko trochę paliwa.
- Kto tam, kurwa, włącza silnik, gdy siedzę na kadłubie! - wołał Borbon, zeskakując w panice na ziemię - Chcecie mi odciąć głowę?!
Wyłączyłem silnik i instalację.
- Przykręć to z powrotem - poleciłem Naice. - Szkoda czasu na zabawę w mechaników, polecimy tą maszyną, nie naszą. Borbon! - krzyknąłem przez okno.
- No? - właśnie podnosił się z ziemi i otrzepywał.
- Skombinuj mi dwieście litrów benzolu. Jak nie mają, to przepompuj z naszej maszyny. Masz na to kwadrans.
- Kwadrans na skołowanie dwustu litrów?! - Borbon zrobił wielkie oczy.
- Improwizuj, ukradnij, zastrzel wartowników przy magazynie. Mam to w dupie. Za kwadrans chcę mieć dwieście litrów.
Gdy Borbon wybiegał z szopy, ja odwróciłem się do porucznika. Ten wpatrywał się wielkimi oczyma w helikopter.
- On naprawdę działa? - spytał się z niedowierzaniem. Miałem wrażenie, że informacja ta głęboko go zszokowała.
- Sam widziałeś. Chlusnąć paliwem i będzie skakać jak jelonek.
Walters spojrzał sobie pod nogi. Milczał przez kilka minut.
- Kapitan mówił nam, że ewakuacja z kopalni nie jest możliwa, bo musielibyśmy odlecieć wszyscy na raz, a wasz helikopter jest na to za mały. Gdyby odleciała tylko połowa, partyzanci zorientowaliby się i zaatakowali pozostałych. Połowa by przeżyła, a połowa zginęła. A nikt z nas nie chciał zostawiać kolegów.
Nie przerywałem mu, zaskoczony. Pustooki kapitan wiedział o helikopterze i o tym, że można wywieźć wszystkich na raz, ale nie powiedział o tym swoim ludziom, licząc na ich ignorancję.
- Nic nie mogę poradzić - powiedziałem do Waltersa. - Nawet jeśli dam cynk do mojego majora, ten nie wyda wam rozkazu odwrotu. Lekka Bawarska nie podlega pod Korpus.
Porucznik podniósł wzrok, który teraz płonął gniewem i determinacją, jak zawsze wtedy, gdy patrzył na odlatujący do bezpiecznej bazy helikopter pełen rannych.
- Gdy będziesz wracał z lekarzem dla Włocha, przywieź też jakiegoś mechanika i części zamienne. Naprawicie waszą maszynę i jeszcze tej nocy wszyscy stąd odlecimy.
- Niegłupi pomysł - kiwnąłem głową - Ale są dwa problemy. Mój drugi pilot leży właśnie w sztolni z rozbitą czaszką.
- Masz jeszcze pilotów - Watlers wskazał Naikę i drzwi, którymi wybiegł Borbon.
- To stażyści - zaoponowałem.
- Nie pieprz, widziałem, że pozwalacie im pilotować maszynę - głos Waltersa stał się chłodny i ostry.
- No dobra. A co z kapitanem? Nie odlecicie bez jego rozkazu, a mu się tu chyba spodoba.
- Porozmawiam z... kapitanem. Na pewno się zgodzi - głos Waltersa nabrał ognia i siły.
Z wielkim rumorem obijających się o siebie blaszanych dwudziestolitrowych kanistrów wpadł do szopy Borbon, poganiając francuskimi przekleństwami kilku Bawarczyków, objuczonych benzolem jak wielbłądy.
XVII.
W bazie lądowaliśmy koło północy, ale i tak personel lądowiska dał cynk do sztabu, że wróciliśmy obcą maszyną. Major dojechał więc do nas jeepem, jeszcze zanim zdążyłem ściągnąć rękawice i na dobre wyłączyć silnik. Od razu zaczął biegać wokół maszyny i cieszyć się, jak dziecko. Na tym pustkowiu każdy helikopter był na wagę złota, a dowództwo uparcie przysyłało mu tylko więcej czołgów, z którymi zupełnie nie mieliśmy co w tym terenie robić.
- Moriarty, zawsze wiedziałem, że masz w sobie ten dar kombinatora. Powiedz, komu podprowadziłeś tę maszynę, a wszystko zostanie między nami - major mrugnął okiem.
- Chował ją przed swymi ludźmi kapitan z Bawarskiej.
- Poważnie? - zdziwił się major - A to dziwak... Przecież w dwie maszyny moglibyśmy ich wszystkich stamtąd...
- No właśnie. Dlatego chcą teraz, byśmy wrócili tam z mechanikiem, poskręcali naszego Hueya i zabrali ich stamtąd, póki jeszcze można.
Major machnął ręką.
- Dobra. Jak mi dadzą za to tę drugą maszynę, to sam ich wyniosę nawet na rękach. Ilu tu mamy w bazie mechaników helikopterowych? Bierz wszystkich, jeśli musisz.
Zastanowiłem się. Mieliśmy w sumie tylko jednego.
Strona głównaPoprzednia część Dalszy ciąg